MENU
Jesteś tutaj: MAGIA SŁÓW Formy prozaiczne Wiosna w postkomunistycznym kraju, czyli XXI wiek w katolandzie u progu Wiosny Kobiet Uciśnionych moimi oczami [...]

Wiosna w postkomunistycznym kraju, czyli XXI wiek w katolandzie u progu Wiosny Kobiet Uciśnionych moimi oczami [...]

#polska # wiosna #katoland #XXI wiek #proza #felieton. polish reality #społeczeństwo #obserwator życia

19:19, dnia 30 kwiecień 2019r.
Kategoria:Formy prozaiczne
47
0

Nawet, gdy bardzo długo wszystko pozostaje skute bezlitosnym mrozem, a śnieżna kołderka nadal otula nagość betonu, przychodzi jednak taki dzień, gdy wiatr przenika smuga ciepła, lodowe okowy rozpuszczają się w pierwszych, nieśmiałych promieniach słońca a w powietrzu czuć zapach nadchodzącej wiosny. I wtedy nadchodzi….  Piękna, świeża, radosna, ciepła i oszałamiająca zmysły… po prostu Wiosna! Nawet tutaj, w kraju wysuniętym mocniej na wschód, przychodzi z całym splendorem rodzącego się Życia, wznieca chaotyczną rebelię i całkowite oszołomienie wszystkich żywych istot, które popadają w miłosny amok, taplając się w płytkiej kałuży przymusowej prokreacji. Ta rebelia, jak płomień obejmuje co raz więcej i więcej tkaniny tego Świata, wdziera się w głąb jaźni i mobilizuje drzemiące siły Natury do płomiennej metamorfozy – niemal jak u samego Owidiusza…Ten kraj sięga bardziej na Wschód, skąd czerwony wiatr przynosi wspomnienie niedawnego komunizmu, a wiosna tu przychodzi właśnie ze wschodu… Może dlatego u nas wiosna barwi wieczory na karmazynowo…Ta wiosna jest inna, i tylko tutaj jest taka jaka jest – gwałtowna i nieprzewidywalna, rozbraja stare miny przeciwpiechotne wkopane w słowiańskie pokrwawione serca, które wytrwale nadstawiają drugi policzek – bynajmniej od czasów chrystianizacji, co tak krwawo zapisane na kartach dumnej historii. Nasza postkomunistyczna wiosna wciąż ubrana w czerwone sztandary, obnaża betonową nagość zimnych miast. Gdy słońce stopi zasłonę z białego puchu, wtedy wyłazi szarzyzna i cały ten brud, oblepiający ciało betonowych molochów. Właściciele psów, wstydliwie chowają smycze, jakby to mogło usunąć duszące trawniki fekalia ich pupili. Papierowe kule, zlepione brudem i potem robotników, plątają się na wietrze po wyludnionych ulicach…Powietrze wypełnia zapach nadchodzącej wiosny… ten ożywczy zapach miesza się z fetorem koksowniczych kominów, odorem moczu i smrodem ignorancji naszych polityków, których opasłe brzuchy zasłaniają okno na świat obywatelom. Neo–faszyści budują nowe komory gazowe, piętrząc mury nietolerancji i napędzając machinę strachu. Ich ostre noże kaleczą ludzką godność w ciemną, zimną noc…A tam jakiś głodny do granic wytrzymałości człowiek, popada w obłęd pożerając łapczywie resztki socjalistycznego fałszu, zaprawianego sosem z propagandy – partyjną dietą zamorzony na śmierć już i na nic tu już cała ta wyborcza kiełbasa…Ta post-komunistyczna wiosna niesie odnowę i nadzieję, że plac w centrum mojego miasta nie będzie już Placem Czerwonym. I że uderzy w nas porywająca fala dobrobytu, spłukując cierpki smak octu, który samotnie zdobił opustoszałe sklepowe regały…Zbliża się To Nowe… gawiedź drży w niecierpliwym oczekiwaniu na wielki gwałt komunistycznej ladacznicy… To co ma dopiero nadejść budzi wielkie nadzieje i apetyt na kapitalistyczną bezę. A tłuste brzuchy polityków obiecują masowy konsumpcjonizm i rosnącą liczbę wydawanych pieniędzy. Kapitalizm kiełkuje jak krokusy, wraz z nadejściem roztopów, zapowiadając kwitnięcie obfitym kwiatem. I teraz gdy sierp już nie wisi nad karkiem, a młot już nie wbija gwoździ zawiści, można kupić tu dosłownie wszystko, nawet to, co powinno pozostać poza materialistyczną sprzedajnością…I sprzedajna jak dziwka miłość do wysokich zarobków niskiego, wyłysiałego i podstarzałego prezesa, kupczy świętym uczuciem na targowisku próżności. Wszystko staje się sprzedajne, wzrasta popyt a w konsekwencji i podaż. Masowe kształcenie przyszłych sprzedawców ma na celu stworzenie armii cyborgów, których nic nie powstrzyma przed sprzedaniem ostatniego okruszka godności, w imię Zysku Najwyższego. Ta wiosna w postkomunistycznych realiach to czas buntu przeciwko inwigilacjom tajnej milicji, SB i innych komórek legalnego terroru oraz tłumieniu w ludziach iskierek wszelkiego nieposłuszeństwa wobec władzy – i tej ostatniej krztyny Niepokorności. Czas buntu na godziny tracone w pogoni za byle jakim meblem, do byle jakiego mieszkania, bo przecież hermetyczność gospodarcza potęguje kolejki i brak wszystkiego poza tym cholernym octem! Tak bardzo na fali jest bycie w opozycji, albo chlubna historia prześladowań ze strony odchodzącego systemu i władz. Jeśli możesz pochwalić się choć jednym dniem w komunistycznym pierdlu, na pewno staniesz na piedestale, jako pomnik męczeństwa narodu, opromieniony glorią wschodzącej jak szczypiorek demokracji i w świętość ubranym symbolem – jak ta obrzydła już całkiem, nieszczęsna brzoza. Demokracja niczym Święty Graal rozjaśnia mroki lewackich ciemności. Utęskniona, wyczekiwana, tak bardzo idealna, niosąca pochodnię kapitalistycznej wolnej konkurencji i masowej sprzedaży wszystkiego, nawet tego, czego sprzedać nie można. I już tylko starzy lewicowi byli agenci SB, napiętnowywani i skazywani na wygnanie z politycznej areny, z rozrzewnieniem wspominają dawne uroczystości na cześć towarzysza Lenina. Ich posiwiałe głowy ścina się na gilotynie tekturowego ostrza teczek z IPN-u, a gawiedź wznosi wzrok ku lśniącemu kryształowo ostrzu demokracji. Mniejsze lub większe zło budzi sprzeciw tych, dla których tylko czarno-białe ma sens i prawi bytu… Paranoja goni paranoję, a wszystkie zmiany obracają z czasem w pył całą nadzieję na nowy ład. Każda kolejna partia i jej każda nowa wizja ujarzmiania społeczeństwa, to tylko nowy sposób na drogę do własnej satysfakcji, polityczny onanizm w celu samo zaspokojenia rządzących elit i chciwie wyciągniętych łap, polityczna wzajemna masturbacja kosztem ucisku i wyzysku uciemiężonych mas. Wiosna burzy się klekotem nadlatujących bocianów, zwiastujących płodność tłustym pannom, krew buzuje podnieceniem w skroniach, a niebotyczne libido zmusza owładniętych rządzą reproduktorów do ciągłej kopulacji byle gdzie, z byle kim, byle po co – kreując modę na szybkie numerki w dyskotekowej toalecie i tanią miłość dla każdego, kto zechce dziś zapłacić. Topnieją ostatnie śniegi i zasoby naturalne wody, energii i powietrza, kurczące się w zawrotnie szybkim tempie, straszą czasem apokalipsy gorszej niż biblijna. Co raz trudniej znaleźć drzewo inne niż plastikowe, wodę, która nie smakuje jak chemiczny koktajl z detergentów czy powietrze nieprzesycone ołowiem. Wiosna niesie ze sobą nowe deformacje ekosystemu jak ciągle potęgujący się efekt cieplarniany, rodzący czarcie bękarty, siejące zło i deformacje, pleniąc się licznie po całym globie- od lawy jądra aż po najwyższe partie stratosfery, i ciągle rosną ich ambicje. Ale przecież Człowiekowi wystarczy, za te morderstwa na Naturze popełniane  raz za razem, bezustannie, zwierzyć się w tak anonimowe, małe okienko konfesjonału i byle jak odprawić szybko pokutę mu zadaną – ile zdrowasiek mu policzy ludzkie sumienie czarnego klechy za śmierć milionów żywych istnień, masowy mord niewinnych drze, a w końcu kiedyś także i zagładę całej tej planety, co także katów swych pochłonie, zetrze na proch ich zbrodni ślad… ot i tak oto znika krew z naszych rąk… dając nam czystość bezgrzesznych serc. I nikt nie mówi wcale głośno  o hipokryzji, tutaj w tym kraju opanowanym przez szalone koloratki, gdzie bezwolne marionetki polityków ubrane w przysłowiowy beret wydziergany z moherowej włóczki, steruje świątobliwa dłoń i kleru czarne zastępy chciwie nad ludem pochylone niczym nad truchłem sępy. Już ja dobrze wiem, kto tu pociąga za sznurki, poznaje to po biskupim fiolecie, zalewającym jak fala tsunami, ten ląd splamiony krwią wymordowanych dawno temu milionów dzieci i kobiet za grzech pogańskiej wiary i że nie chciały klękać całując z trupem krzyż. Tutaj nie wolno wierzyć inaczej, tutaj stawia się „amen” na końcu zdania zamiast kropki. A młody narybek społeczeństwa jest urabiany przymusowo na ślepo-posłusznych młodych fanatyków. I wiosna rośnie w siłę jak władza jedynego Boga stworzonego na potrzebę człowieka pobożnego, jego chciwości i władzy nienasyconej rządzy. W tym kraju wiosna przynosi ciepłe, wiosenne deszcze, które spłukują z murów i ulic pozimowy - i postkomunistyczny brud. Jego dorodne krople, jak palące łzy matki nad grobem dziecka, wiercą dziury w zbiorowym sumieniu bezlitosnego tłumu, tratującego pechowych nieudaczników, podczas szturmu na nową promocję w pobliskim hipermarkecie. Przecież umieć złapać okazję to sztuka ceniona przez współczesnych konsumentów, konsumujących masowo gównianą, szarą papkę komercji. Tak ładnie wygląda elegancko zapakowane w błyszczący papierek gówno, które oferują im kuszące falującym biustem sprzedawczynie w złoconych butikach, w których unosi się zapach tak bardzo utęsknionego luksusu. A wiosna radośnie wita powracające z południa ptaki, których przeszywające nawoływania głucho odbijają się wśród betonowej pustyni wielkich blokowisk. Tam w małych, ciasnych pudełkach zamyka się i kończy horyzont człowieka, a poukładane jeden na drugim, jeden obok drugiego, ludzkie tragedie zlewają się w jedną bezkształtną masę, tracąc jakiekolwiek cechy indywidualne. Seryjnie produkowane mundurki, zmieniające fason co sezon, aby kolorowe szmatławce miały o czym pisać, zdobią mocno opalone w solariach ciała, zniszczone szkodliwym promieniowaniem, co powoduje ich nienaturalnie szybkie starzenie się i pożerającego tkanki raka. A przecież tak seksownie lśnią nabytym za pieniądze brązem czerniejącej skóry…Wiosna to pora odrodzenia. Wszystko znów wraca do życia, ożywa i budzi się z śmiertelnego snu. Miasta znów ukazują swoją nagą szarość i brzydotę, wstydliwie zasłaniając się płachtą z nagromadzonych zimą śmieci i psich odchodów. Jasnozielone, młode wschodzące pędy odcinają się od zszarzałej ściany z betonu niosąc wątłą nadzieję, że na tej betonowej pustyni pojawi się jakaś mała, zielona oaza. Miasta inwestują w sadzenie małych, cherlawych sadzonek drzew, które wychowane bezstresowo dzieci bestialsko niszczą bez żadnego stresu, że spotka je za ten wandalizm jakaś kara. Plują jadem bluźnierstw w twarze nielicznych niczym biały nosorożec, protestujących. I idą dalej pić kupione na tandetną podróbkę dowodu osobistego piwo, palić wyłudzone papierosy i pluć na obskurne klatki azbestowych więzień, których toksyczne wyziewy mutują ludzkie płody i rozpalają ogniwa rozkładu ludzkich ciał za życia. A pierwszy żółty krokus w ogródku działkowym tej staruszki z trzeciego piętra, uśmiecha się promiennie, jakby cztery metry dalej nie było wcale tego cuchnącego kanału ściekowego, od którego dzieli go tylko nikła bariera siatki ogrodzeniowej. W kanale wesoło bulgocą toksyny i fekalia, jakby pomrukując radośnie z rosnącej wiosną temperatury, która z pewnością przyśpieszy procesy gnilne i rozwój bakterii w jego mętnych wodach. Nieopodal starszy pan wędkuje uparcie, choć nigdy nie złowił tu nic poza starym, gumowym kaloszem czy sparciałą oponą. Ale wędkowanie to piękny sport pozwalający na kojący kontakt z Naturą i za nic nie zaniechałby jego uprawiania, jak sam gorliwie zapewnia na łamach osiedlowych brukowców – heraldyczna miernota żerująca na ciemnej gawiedzi łaknącej sensacji i nieśmiertelnej Plotki. Z nadejściem wiosny powietrze przestaje być wyjałowione mrozem, przesiąka tym specyficznym zapachem, który zwiastuje ocieplenie i nadejście wiosny. Zapach miesza się z miejskimi wyziewami z niezliczonych źródeł. Gryzące spaliny z rur wydechowych blaszanych trumien, śmierdzące zbukami chmury wydychane przez wysokie kominy koksowni, toksyczne obłoki z różnych fabryk i zakładów przemysłowych i wiele innych - to wszystko nasyca pachnące wiosną powietrze specyficznym zapachem miasta, bez którego ciężko nam już oddychać i dlatego nasze płuca w razie ekspozycji na świeże, górskie powietrze odmawiają poprawnej pracy, rozszerzając się lub kurcząc niemiarowo, rwąc oddech w strzępki, spragnione znanych toksyn. W tym postkomunistycznym kraju nie ma już pochodów pierwszomajowych, które były symbolem rozkwitłej w pełni wiosny, apoteozą ferii barw i powodzi kwiatów zdobiących schludne rabaty. Zabrakło dzieciaków niosących flagi i śpiewu dziewcząt w ludowych sukienkach, niosących na czole jak laur zwycięstwa, kolorowe kwieciste wianki. Upadek pseudo kultury dla pospólstwa. Marnego ochłapu rzucanego wygłodniałemu ludowi na pocieszenie po latach bohaterskich cierpień od zaborów, emigracji i innych opiewanych w historii nieszczęść męczeńskiego narodu. A może by tak masowa lub zbiorowa beatyfikacja? To nie jest wygórowane żądanie za takie cierpienia, i za te wszystkie zrywy narodowo – wyzwoleńcze… choć ich naiwność oraz przepojony patosem bezsens, upokarzają głupotą narodowego ducha. Patetyczny patriotyzm sprowadzony do ksenofobicznych aktów debilizmu, uwłacza godności człowieka i pogwałca wszelkie zasady humanitarnego postępowania. Nacjonalistyczne partie młodocianych faszystów kamienują kolorowy korowód gejów, obnażający swoją radość ze swojej inności. Uginają swe homoseksualne ciała pod gradem kamieni i wyzwisk, a wątła tkanka rodzącej się dopiero Tolerancji obumiera na długo przed osiągnięciem dojrzałości. Tutaj nie wolno wychodzić przed szereg. Brunatne mundury zlewają się w jednolitą, zwartą masę bezkształtny motłoch, spragniony dopomina się „igrzysk i chleba”. A Juliusz Cezar w grobie się przewraca na widok kapitalistycznego Cudu nad Wisłą rodzącej w bólach bękarty wolnego rynku, matki – Polki – sumy wszystkich snów Konrada o Demokracji. A w mroku wiosennej nocy, sumienie przepojone patriotycznym wstydem, słabym głosikiem, cichutko szepce, że ktoś patrzy.

 

By Anna Lilith Gajda © All Rights Reserved

Dedykuję jej właśnie – mej ziemi ojczystej … Bo zostałam urodzona  bez  pytania i siłą „ na chama” - wraz z rodzącym się w bólach Kapitalizmem, w kraju Cudu nad Wisłą, tuż po spuszczeniu ze smyczy wygłodniałych psów konsumpcjonizmu, i tak prawda -  może i jestem tym cholernym „pokoleniem pepsi”  - a wiec pomna tego, tak oto cierpiąc Solidarnie na syndrom Piotrusia Pana, wrastam w ów cały biało – czerwony patos tej, ponoć wielkiej i bardzo wyjątkowej, post – komunistycznej doniosłości narodzin swych chwili i milczę jak głaz nucąc w duchu za Pidżamą: „My nie mówimy nic, mamy zaciśnięte gardła…” – a w mej kieszeni otwiera się oburzony nóż…

„Auto-ujarzmianie” 20:16, dnia 28 marzec 2019r.
Pierzasta lekkość Bytu… 22:01, dnia 18 kwiecień 2019r.

Komentarze

Nikt jeszcze nie skomentował. Bądź pierwszy!

Napisz komentarz

Imię:*
Email:*
Komentarz:*