MENU
Jesteś tutaj: CZYTELNIA Nietzsche versus Bóg – czyli rzecz o tym, jak to nietzscheański nadczłowiek w drodze ku boskości potknął się o trupa martwego Boga i wpadł do beczki po same uszy w nihilizm…

Nietzsche versus Bóg – czyli rzecz o tym, jak to nietzscheański nadczłowiek w drodze ku boskości potknął się o trupa martwego Boga i wpadł do beczki po same uszy w nihilizm…

#bóg #religia #nietzsche #ateizm #antyteizm #bóg jest martwy #filozofia

23:59, dnia 30 kwiecień 2019r.
Kategoria:CZYTELNIA
131
1

„Crudelius est quam mori semper timere mortem”
("Okrutniejszy jest od śmierci wieczny strach przed śmiercią")
(Seneca)

  

Nietzsche zwykł dość jawnie obnosić się ze swymi poglądami na temat Boga, chrześcijaństwa, jak i religii ogólnie, tak więc w twórczości tego wielkiego filozofa potyczek Nietzsche versus Bóg można znaleźć na pęczki. Tym niemniej w tym wywodzie pragnę skupić się akurat na tej jednej, konkretnej potyczce, a przy tym również chyba i największej oraz wzbudzającej niezmiennie najwięcej kontrowersji. A prócz tego, którą to potyczkę Nietzsche staczał nie raz, a wielokrotnie w swej twórczości – niejako staczając wiele bitew, które składają się na całą tę wielką kampanię, jaką filozof wytoczył przeciw Bogu.

Potyczkę ową zaś stanowi w zasadzie pewna dość krótka, aczkolwiek legendarna już teza, czy też postulat, jaki to ów filozof dość obrazoburczo oraz kontrowersyjnie wysunął i sformułował, zresztą wykazując się wielką odwagą podług mego skromnego mniemania, a zwłaszcza uwzględniając czasy temu współczesne i ówczesną mentalność w kwestiach religii.

Teza ta mianowicie w oryginale, a więc w języku niemieckim, w jakim to sformułowana została pierwotnie, brzmiała: „Gott ist tot” – i choć owe ledwie trzy krótkie niemieckie słowa zdawać by się mogły na pozór dość skromne i oszczędne, to kryją one w sobie tak naprawdę nieskończone bogactwo treści i przesłania, mimo że zawarte ono zostało w tak oszczędnej, wręcz minimalistycznej formie. Cóż, nie sposób tutaj Nietzschemu postawić zarzutu przerostu formy nad treścią….

Nim przejdę jednak do meritum mych rozważań, gwoli dopełnienia kwestii formalnych muszę nadmienić, iż swe dalsze tutaj roztrząsania omawianej kwestii opierać będą się, prócz samej twórczości Nietzschego oczywiście, w pewnym stopniu również na artykule Mirosława Żelaznego o tytule: Nietzsche: śmierć Boga, który to został opublikowany na łamach portalu internetowego Racjonalista.pl, zresztą wyśmienitego trzeba przyznać. Artykuł ów stanowił również po części inspirację dla mych rozważań i natchnął do refleksji, jakie stanowić będą treść następującego wywodu. Na marginesie dodam, iż artykuł ów podług mego skromnego mniemania jest niezwykle interesujący, zarówno pod względem zawartych w nim refleksji autora, jak i treści merytorycznych, a przy tym ujęła mnie w nim niezwykła zgodność moich własnych poglądów, refleksji i spostrzeżeń z tymi, jakie poczynił tamże sam Żelazny, a jakim również i ja pragnę dać wyraz w niniejszej pracy, dlatego też w sporym stopniu będę się tu opierać na oryginalnej treści owego Artykułu, także parafrazując zawarte w nim myśli Żelaznego, przeto proszę o pewną wyrozumiałość w tym względzie i darowanie mi zarzutów o plagiat.

I to na tyle względem formalności, teraz pora zaś przejść do meritum – czyli  owej tezy w języku niemieckim, a zaś oczywiste jest, iż nie każdy z polskich Czytelników musi władać tymże językiem obcym, zacząć by więc należało ów wywód od kwestii translacji przytoczonej frazy, a która to zdaje mi się być tu kwestią elementarną, jak i prymarną niejako. Tak oto znika odwieczna bolączka chyba każdego człowieka pióra, czyli od czego by tu zacząć.

Zacznę zatem przede wszystkim od kwestii tu elementarnej, a więc od kwestii poprawnej translacji naszej frazy, na co zresztą zwraca uwagę również i Żelazny na samym początku swego artykułu, podkreślając jej elementarne dla reszty znaczenie.

Co do translacji, a raczej poprawnej translacji naszej frazy, to należy najsampierw odmówić racji bytu, często spotykanemu potocznie i w kolokwialnym zastosowaniu, jej tłumaczeniu jako: „Bóg umarł”. Jest ono bowiem całkowicie błędne i nieadekwatne, i to aż z dwóch, a w zasadzie trzech, zasadniczych powodów.

Primo, z powodu już tylko względów filologicznych jest ono ewidentnie mylne i błędne, co zaraz uzasadnię odwołując się do swojej własnej znajomości języka niemieckiego, który to akurat również miałam okazję sobie całkiem nieźle przyswoić podczas swej edukacji. Mianowicie błąd ów uwidacznia się już ze względu semantyki, jako że kryje się on głównie w słowie „tot”, które to wcale a wcale nie stanowi czasownika o znaczeniu „umarł”, lecz jest to przymiotnik o znaczeniu „martwy”. Po drugie jeszcze więcej wnoszą nam względy gramatyczne, jako że fraza „Gott ist tot” nie jest absolutnie wyrażona w stronie czynnej („Bóg umarł” to strona czynna), lecz w stronie biernej, a więc tłumaczyć to wyrażenie winno się raczej jako: „Bóg jest martwy”. Natomiast fraza „Bóg umarł” zgodnie z normą językową w języku niemieckim musiałoby mieć postać zaś taką: „Gott starb” bądź też „Gott ist gestorben”.

Reasumując, poprawna translacja frazy ”Gott ist tot” ze względów semantycznych oraz gramatycznych brzmieć winna: „Bóg jest martwy”, co nie budzi myślę już żadnych wątpliwości Czytelnika, naturalnie względem powodów natury filologicznej.

Secundo, powodem jest również fakt, iż owo błędne tłumaczenie „Bóg umarł” ponadto – jak słusznie zauważa Żelazny - nie wykracza zupełnie poza kanony myśli chrześcijańskiej, a co oczywiste nawiązuje do faktu, jaki znany jest doskonale każdemu wyznawcy tejże religii, a mianowicie, iż Bóg umarł na krzyżu dla naszego zbawienia. A to bynajmniej nijak się ma do naszej frazy, jak i całej tej koncepcji zresztą.

I tertio – powód o największej wadze i newralgicznym wręcz znaczeniu, a który stanowi tu nasz główny corpus delicti, który niezbicie dowodzi błędności owego pierwszego, potocznie stosowanego tłumaczenia, oraz poprawności naszej, przyjętej tu za poprawną, translacji, jako Bóg jest martwy. Ponadto powód ów, uzasadnia także mój upór niejako, a jaki wykazuje również sam Żelazny w swym tekście, aby koniecznie zachować w translacji właśnie owo, jakże wielce cenne, „jest”. Zaraz wyjaśniam, dlaczego stanowi ono aż tak cenny element tejże nietzscheańskiej frazy.

O cenności owego „jest” mianowicie przesądza rola, jaką to pełni ono w tejże koncepcji Nietzschego. Słowo „umarł” z kolei rodzi nierozerwalne skojarzenie ze swoistym „ciągiem przyczynowym”, jak to ujmuje Żelazny, indykującym także formę czasu przeszłego, czyli że: Bóg był i już go nie ma – bo przecież umarł i to już minęło, stając się przeszłością.

Tymczasem podług tezy Nietzschego, która kładzie bardzo silny nacisk z kolei na formę czasu teraźniejszego i nadal trwającego wciąż nieprzerwanie, ów Bóg jednak wciąż właśnie „jest”, choć jest on, czy pozostaje martwy. Tak więc pozostaje on martwy, lecz będąc jednakowoż w tejże formie (czyli martwej) zarazem pozostającym czy trwającym. Można by zatem rzec, iż Bóg jest martwy, lecz zarazem wciąż jest obecny – n’est-ce pas?

Naturalnie pomijając tu całokształt pozornej absurdalności owego martwego tworu, który jednak że wciąż pozostaje obecny, a która to przywodzi na myśl wizje z horrorów o żywych trupach, i owych niby martwych a jednak wciąż obecnych zombie, aczkolwiek tylko w pierwszej chwili, bez głębszej refleksji jakiejkolwiek na ten temat.

Koncepcja martwego Boga wielokrotnie pojawia się w twórczości Nietzschego, jak już wspominałam. Pierwsza wzmianka o śmierci Boga pojawia się w „Wiedzy radosnej”, we fragmencie 125 o tytule „Człowiek szalony” czy „Człowiek oszalały”. Podobnie jak Żelazny, uważam tu za niezbędne przytoczenie dla przypomnienia tego jakże istotnego fragmentu tamże zawartego, a który to brzmi następująco – cytując za Nietzschem:

[…] 125.  C z ł o w i e k o s z a l a ł y . — Czy nie słyszeliście o owym oszalałym człowieku, który w jasne przedpołudnie latarnię zaświecił, wybiegł na targ i wołał bezustannie: »Szukam Boga! Szukam Boga!« — Po nieważ zgromadziło się tam właśnie wielu z tych, którzy nie wierzyli w Boga, więc wzbudził wielki śmiech. Czyliż zginął? spytał jeden. Czyż zabłąkał się jak dziecko ? rzekł drugi. Czy się ukrywa ? Może boi się nas ? Czy nie wsiadł na okręt ? Wywędrował? — tak krzyczeli i śmieli się w zgiełku. Oszalały człowiek wskoczył między nich i przeszywał ich spojrzeniami swemi. »Gdzie się Bóg podział? zawołał, powiem wam! Z a b i l i ś m y go — wy i ja! Wszyscy jesteśmy jego zabójcami! Lecz jakżeż to uczyniliśmy? Jakżeż zdołaliśmy wypić morze ? Kto dał nam gąbkę, by zetrzeć cały widnokrąg? Cóż uczyniliśmy, odpętując ziemię od jej słońca ? Dokąd zdąża teraz ? Dokąd y zdążamy ? Precz od wszystkich słońc ? Nie spadamyż ustawicznie ? I w tył, i w bok, i w przód, we wszystkich kierunkach ? Jestże jeszcze jakieś na dole i w górze? Czyż nie błądzimy jakby w jakiejś nieskończonej nicości ? Czyż nie owiewa nas pusty przestwór? Czy nie pozimniało ? Czy nie nadchodzi ciągle noc i coraz więcej nocy ? Nie trzebaż zapalać latarni w przedpołudnie? Czy nie słychać jeszcze zgiełku grabarzy, którzy grzebią Boga? Czy nie czuć nic jeszcze boskiego gnicia ? — i bogowie gniją! Bóg umarł! Bóg nie żyje ! Myśmy go zabili! Jakże się pocieszymy, mordercy nad mordercami ? Najświętsze i najmożniejsze, co świat dotąd posiadał, krwią spłynęło pod naszemi nożami — kto zetrze z nas tę krew ? Jakaż woda obmyćby nas mogła ? Jakież uroczystości pokutne, jakież igrzyska święte będziem musieli wynaleźć ? Nie jestże wielkość tego czynu za wielka dla nas? Czyż nie musimy sami stać się bogami, by tylko zdawać się jego godnymi? Nie było nigdy większego czynu — i ktokolwiek tylko po nas się urodzi, gwoli czynowi temu należeć będzie do historyi wyższej, niż wszelka dotąd była historya!« — Tu zamilkł człowiek oszalały i znów spojrzał na swoich słuchaczy: i oni milczeli, patrząc nań w zadziwie. Wkońcu cisnął latarnię swą o ziemię, że trzasła w kawały i zgasła »Przyszedłem za wcześnie, rzekł potem, nie jestem jeszcze na czasie. T olbrzymie zdarzenie jest jeszcze w drodze i wędruje — nie doszło jeszcze do uszu ludzi, błyskawica i grzmot potrzebują czasu, światło gwiazd potrzebuje czasu, czyny, nawet skoro już są dokonane, potrzebują czasu, żeby je widziano i słyszano. Czyn ten jest im zawsze jeszcze dalszy niż gwiazdy najdalsze — a p r z e c i e s a m i go dok o n a l i ! « — Opowiadają też, że człowiek oszalały tego samego dnia jeszcze do różnych się wdzierał kościołów i nucił tam swoje Requiem aeternam deo. Wyprowadzany i zapytywany, odpowiadał wciąż jedno: »Czemże są jeszcze te kościoły, jeśli nie są grobowcami i pomnikami boga ? «[1].

Tu odwołam się do artykułu Żelaznego, który w swej pracy wysnuł z powyższego cytatu kilka ciekawych wniosków.

Odnośnie ostatnich słów owego Szalonego Człowieka w powyższym cytacie, można by drogą dedukcji stwierdzić, iż z faktu, że istnieją kościoły zwane domami bożymi oraz z faktu, iż wielu ludzi twierdzi, że słucha w nich słowa Bożego, wynika, iż Bóg jest. I tu rodzi się pytanie: jeśli jest to jaki? Żelazny stawia dalej kolejne pytanie – cytując: „Co oznacza jego obecność, a co nieobecność?”[2].

Ponadto z cytowanego fragmentu można wyciągnąć konkluzje jak następuje.

Najsampierw warto tu sformułować konkluzję, iż ogłoszenie śmierci Boga przez szalonego człowieka nie oznacza, iż wyraża on sobą po prostu postawę ateistyczną z racji następujących powodów. Po pierwsze, dlatego że: „[…] wielu spośród tam zgromadzonych nie wierzy w Boga […]”, a mimo to nie rozumieją oni wcale, o co chodzi szalonemu człowiekowi.

Podług Żelaznego stanowisko Nietzschego charakteryzuje David Lang, a który nota bene sam również był niejako rzecznikiem owych „ludzi szalonych”. Żelazny przytacza tu cytat Langa, w którym pisze on – cytując:

   […] W wierze w Boga nigdy nie chodziło o „wiarę” w jego istnienie, lecz o ufność w jego obecność, która była doświadczana i uznawana za fakt oczywisty. Natomiast wydaje się, że w naszych czasach o wiele więcej ludzi nie doświadcza ani obecności Boga, ani obecności jego braku, lecz jedynie brak jego obecności”[3].

Ciekawą interpretację powyżej cytowanych słów Langa proponuje sam Żelazny, a którą to z tej racji pozwolę sobie tu za nim przytoczyć:

[…] w społeczeństwie, w którym powszechnie odczuwano obecność Boga, problem ateizmu nie istniał, i to nie dlatego, że niewiara karana była instytucjonalnie, lecz dlatego, że nieprzestrzeganie praw bożych było równoznaczne ze skazaniem się na zagładę w sposób naturalny[4].

Odbywało się to więc w sposób analogiczny, jak to dzieje się przykładowo we współczesnym społeczeństwie industrialnym na skutek nieprzestrzegania praw ekonomicznych. Podług mniemania Żelaznego to, co stanowi obecnie obiekt kultu religijnego w porównaniu do czasów przedchrześcijańskich, stanowi zaledwie – cytując: „[…] godną politowania karykaturę”[5]. A bynajmniej w tym właśnie, dopatrywać się należy sensu oraz znaczenia owej martwoty Boga, zawartej w filozofii Nietzschego.

Sam zaś Nietzsche pisze w tym temacie:

[…] Nie to nas oddziela, że nie odnajdujemy Boga ani w dziejach, ani w przyrodzie, ani poza przyrodą, lecz że tego, co jako Bóg czczone było, nie odczuwamy jako „boskie”, lecz jako politowania godne, jako niedorzeczne, jako szkodliwe, nie tylko jako błąd, lecz jako zbrodnie względem życia… Zaprzeczamy Boga jako Boga…[…][6].

Słowa te są na tyle istotne sądzę, iż warte tego, by je tu przywołać za Żelaznym. Tym niemniej oczywiste jest, iż nie jest możliwe jakiekolwiek przyrównanie owej obecności Boga w społecznościach przedchrześcijańskich do żadnego z porządków, jakie to obecnie determinują Człowieka współczesnego, a co słusznie podkreśla sam autor wspominanego artykułu.

Pozwolę sobie tu następnie odwołać się do poglądów wygłoszonych przez Żelaznego w jego pracy, parafrazując jego myśli tamże zawarte. A mianowicie jako, że w świecie współczesnym podług jego opinii, co się tyczy:

  1. Primo – odnośnie każdej z mocy, jakich obecność stwierdza się w tymże świecie współczesnym, autor ów stwierdza, iż dotyczą one tylko pewnej części „jednostkowej egzystencji ludzkiej”. A mianowicie, mają one dotyczyć tylko bytu społecznego oraz przynależności klasowej i narodowej tejże jednostkowej formie bytu ludzkiego.
  2. Secundo – co dość istotne, zaznaczyć należy ponadto także w społecznościach przedchrześcijańskich, obecność innej, swoistej mocy, która to z kolei dla owego człowieka współczesnego pozostawała – a też i pozostaje nadal – nieodczuwalna, a którą stanowił zaś właśnie ów Bóg, którego ponoć my, ludzie ery chrześcijańskiej uśmierciliśmy zaraz u samego zarania tejże ery.

Albowiem dziś, jak to stwierdza Żelazny: „[…] Bóg obecny jest tylko jako martwa idea”[7].

  1. I tertio – co do kwestii owej martwej idei oraz jej realnego istnienia, Żelazny postuluje, iż owa kwestia została niejako zepchnięta ze sfery doznań empirycznych w sferę czystej transcendencji.

Tu warto poczynić małą dygresję w celu wyklarowania kwestii owej sfery transcendencji.

Owo klarowanie zacznę może od samego pojęcia transcendencji.  Powołując się na definicję słownikową tegoż pojęcia, zamieszczoną w Słowniku Języka Polskiego PWN red. M. Szymczaka (naturalnie tej definicji, opatrzonej kwantyfikatorem pojęcia z zakresu filozofii), czytamy, iż oznacza ono: „[…]istnienie poza granicami bytu lub poza granicami ludzkiego poznania”.

Powyższą definicję słownikową warto by nieco rozszerzyć o definicję encyklopedyczną, zawartą w Encyklopedii PWN. Znajdziemy tamże ponadto informacje, iż termin ów jest pochodzenia łacińskiego, a jego pierwotne znaczenie to: „istnienie na zewnątrz, poza granicami czegoś”. Ponadto zawarto tam także informacje odnośnie pojęcia transcendencji w ujęciu różnych gałęzi filozofii. I tak w ujęciu ontologicznym przybiera ono postać transcendencji Boga wobec świata. W ujęciu poznawczym zaś – transcendencji przedmiotu wobec świadomości. Istnieje jeszcze trzecie ujęcie, takie jak u Kanta, podług którego za owym terminem kryje się kantowska idea „rzeczy samej w sobie”, jednakże to ujęcie nie jest zbytnio istotne dla omawianych problemów, tak więc pozwolę je sobie tu pominąć.

Reasumując powyższe informacje zawarte we wspomnianych definicjach, wysnuć można kilka interesujących konkluzji.

Pierwsza konkluzja, jaka mi się tu nasuwa uporczywie na myśl, tyczy się ogólnego sensu, czy też niejako znaczenia, cytowanego uprzednio poglądu Żelaznego. A mianowicie to, że kwestia owej martwej idei oraz jej realnego istnienia, została zepchnięta ze sfery doznań empirycznych do sfery transcendencji, można by rozumieć jako fakt, iż owa martwa idea, czyli niejako ów nasz martwy Bóg, z owej sfery ludzkiego poznania, opartej na doświadczeniu zmysłowym (czy to zewnętrznym czy wewnętrznym), poznaniu zmysłami – a więc owym sensorycznym, czyli niejako „namacalnym” i fizycznie - a zarazem więc także i  realnie - istniejącym, czy też posiadającym fizyczną formę bytu, został poprzez ów mord dokonany na nim przez nas, ludzi, zepchnięty z kolei do tej sfery istniejącej poza granicami owego bytu, a też i poza granicami ludzkiego poznania.  

Ponadto, nasuwa się tu wniosek, iż uwzględniając ujęcie ontologiczne, ów martwy Bóg (a więc owa martwa idea oraz jej realne, czy też materialne istnienie), zostało tym samym zepchnięte do sfery istnienia poza granicami  świata, a więc ów martwy Bóg, jako uosobienie tejże martwej idei, istnieć ma obecnie niejako jedynie na zewnątrz tegoż świata, poza nim, a nie w nim samym. 

Kolejna konkluzja wypływa zaś z ujęcia poznawczego omówionego uprzednio. Mianowicie, ów nasz martwy Bóg, jako ta martwa idea, zepchnięty został ponadto, jako przedmiot – to jest obiekt kultu religijnego – do sfery poza ludzką świadomością i choć wciąż istnieje, to jednak już poza naszą – ludzką – świadomością, rzec by można niczym każdy trup – ledwie jako mgliste wspomnienie o praprzodkach, zmarłych jeszcze na długo przed naszym narodzeniem, a których grobowce odwiedzamy tylko w Święto Zmarłych, gdzie jednak prócz martwej, granitowej płyty nagrobnej, skrywającej nędzne resztki ich doczesnych szczątków, nic więcej z nich nie odnajdujemy. A wszystko, co dla nich nie tylko możemy zrobić, ale i zrobić należy, to ku czci dla owego wątłego o nich wspomnienia, zapalić wówczas raz do roku, symboliczny znicz na zimnym granicie, rzucić kwiatów pęk i uczcić tę mdłą pamięć ich dawnego żywota, chwilą modlitwy czy też bardzo laickiej, ateistycznej zadumy, w milczeniu oddając należny hołd. I podług mej skromnej opinii – nic nadto my, współcześni ludzie dla nich zrobić ani nie możemy, ani się też im zrobić nie należy. A może i wręcz nie wolno absolutnie… bo czyż trupowi lub kupce zmurszałych kości cześć inna niż taka się należy? Czy ma ona prawo bytu chociażby? I czyż ów nietzscheański martwy Bóg nie jest dokładnie tylko tymże, co i te trupy lub kości zmurszałe, jakie to się ostały jedynie po naszych dawnych praprzodkach, z lat jakże odległych naszemu powiciu? Czyż nie jest właśnie tak dokładnie?

I tu zakończę powyższą dygresję, jako że zarówno samo pojęcie transcendencji zostało już myślę należycie wyklarowane, jak i wyliczone zostały najważniejsze konkluzje odnośnie cytowanego uprzednio poglądu Żelaznego nasuwające się w świetle tegoż wyklarowanego tu znaczenia.

Tak więc wróćmy już w tym momencie do meritum tego wywodu.

Żelazny w swym artykule zwraca uwagę ponadto na inny, istotny fakt z powyższym zagadnieniem związany. A mianowicie, na fakt pojawienia się wraz z ową zmianą sfer bytności tejże „martwej idei”, także i nowego sofizmatu – sofizmatu wolnej woli. Sofizmat ów podług Żelaznego, przekreślać miał a priori możliwość empirycznej odczuwalności, czy doznawania, bożej mocy – czyż nie jest bowiem prawdą, iż także i owa moc boża jest martwa, jak i sam Bóg podobnie, i że umarła ona wraz z nim, istniejąc odtąd jedynie w tejże właśnie sferze transcendencji, poza ludzkim światem i świadomością? Czyż nie jest właśnie tak pytam?

I tak oto ów sofizmat choć istotny, to jednak i tak mimo wszystko stanowiący ledwie tylko ten fałszywy dowód, pozornie poprawne rozumowanie, które w istocie jednakże zawiera utajone błędy logiczne - i to do tego rozmyślnie o zgrozo! – przywodzi nas wreszcie do kolejnej nietzscheańskiej idei składowej omawianej tu koncepcji. Podług tejże idei Nietzschego kościoły stanowią miejsca dwojakiego rodzaju.

Primo stanowią one miejsca, w których to niejako „przechowuje się” martwego Boga – dokładnie tak samo niczym trupy w grobach czy grobowcach na cmentarzu, bądź to prochy w urnie, jak mniemam. I secundo – stanowią one „fetysz pojęciowy” – jak to ujmuje Żelazny – który, co istotne, nie może być uznawany za żadne odniesienie do realnego życia, albowiem fetysz ów nie posiada żadnych kolokacji, które jakkolwiek łączyłyby go z realnym życiem, i to fakt.

Zaś owa przemiana kościołów w grobowiec czy cmentarzysko wspominanej umarłej idei, w ów fetysz pojęciowy, zmieniła tym samym owe minione kultury, dla których ów martwy Bóg jeszcze żył, w ledwie ruiny, na których żyje to Człowiek współczesny aż po dziś dzień…

Jednakże podejmując próbę rekonstrukcji koncepcji śmierci Boga Nietzschego największą trudnością okazuje się nie być wcale pytanie - co zresztą niezwykle słusznie podkreśla również i Żelazny – „co Nietzsche miał na myśli, stwierdzając, że Bóg jest martwy”, lecz o dziwo pytanie o sens słów filozofa, w których stwierdza on, iż Bóg w ogóle kiedyś żył, a których to sens jest nierzadko istnym crux interpretum.

Poszukiwania odpowiedzi na to najtrudniejsze pytanie najlepiej przeprowadzić w twórczości samego filozofa, gdzie to kryje się ona pośród kart licznych tomiszczy i zawartych w nich słów, które spłynęły spod jego pióra.

Rozpocznę swe poszukiwania od dzieła, które zapoczątkowało trzeci okres pisarstwa filozoficznego Nietzschego, a którym było opublikowane w latach 1883 – 1885 (wyd. polskie 1900r.) dzieło o tytule Tako rzecze Zaratustra. A to z racji tego, iż w dziele tym znaleźć można najmniej informacji odnośnie tematu żywego Boga. Zamieszczone zostało tam bowiem jedynie kilka niejasnych wzmianek o tym, i które w zasadzie niewiele wnoszą do naszych poszukiwań.

Z kolei kolejne dzieło Nietzschego, w którym poszukiwać będę odpowiedzi na to najtrudniejsze z pytań, wnosi już o wiele więcej światła do mej próby rekonstrukcji koncepcji martwego Boga tegoż filozofa. Dziełem owym jest wydany w roku 1902 Antychryst (wyd. polskie 1907 r.), w którym zamieszczona jest znacznie obszerniejsza relacja w tym względzie. Pozwolę sobie ją tu zacytować z tekstu źródłowego autorstwa Nietzschego – czyli z jego Antychrysta naturalnie:

[…] 21

Lud, który jeszcze w siebie sam wierzy, ma też jeszcze swego własnego Boga. Czci w nim warunki, dzięki którym jest górą, swoje cnoty, — przerzuca swą radość z siebie, swe poczucie mocy w istotę, której dziękczynić za to można. Kto bogaty, chce oddawać; lud dumny potrzebuje Boga, by s k ł a d a ć o f i a r y . . . Religia, w obrębie takich założeń, jest formą wdzięczności. Jest się wdzięcznym za samego siebie: po to potrzebuje się Boga. Taki Bóg musi umieć pomagać i szkodzić, musi umieć być przyjacielem jak wrogiem, — podziwia się go w dobrem jak w złem. Przeciwnaturalna kastracya Boga na Boga dobra tylko leżałaby tu poza obrębem wszelkiej pożądaności. Potrzebuje się Boga złego tak, jak dobrego: zawdzięcza się przecie istnienie własne chyba nie tolerancyi, nie życzliwości dla ludzi . . . Cóżby zależało na Bogu, który by nie znał gniewu, zemsty, zawiści, szyderstwa, chytrości, gwałtu? Który by nie znał może nawet zachwycających ardeurs zwycięstwa i zniszczenia? […][8].

Odnośnie cytowanego powyżej fragmentu wspomnę wpierw jeszcze krótko o kwestii samej rzeczonej śmierci Boga. Z powyższego cytatu bowiem jasno wynika w mym mniemaniu, iż primo - owa zbieżność momentu początku ery chrześcijańskiej, a tym samym upadku i końca kultury przedchrześcijańskiej oraz owej śmierci Boga, wcale a wcale nie pozostaje kwestią jedynie przypadku, a nawet powiem więcej – iż jest to zbieżność nie tylko nie przypadkowa, a wręcz konsekwentnie i z premedytacją ściśle ze sobą powiązana oraz wzajemnie uwarunkowana. A to z takiej racji, że przyczyna owej śmierci Boga tkwi właśnie w tymże przełomowym momencie końca dawnej kultury przedchrześcijańskiej i początku nowej epoki. Zaś my, ludzie dokonaliśmy owego strasznego mordu na Bogu w chwili narodzin chrześcijaństwa, właśnie nie inaczej, jak poprzez urzeczywistnienie istnienia tej nowej religii miłości bliźniego, uśmiercając w ten sposób starotestamentowego Boga, który nie tylko nie nadstawiał nigdy wcale drugiego policzka, nie tylko nie kierował się często gęsto wcale ową nowomodną miłością bliźniego, ale, co więcej, był Bogiem gniewnym, zawistnym, mściwym i nie rzadko nawet zapalczywym, a jego działania nie były zwykle wcale aktem miłości, lecz raczej pełne okrucieństwa, siały zło i zniszczenie, czasem wręcz brutalnie i bez krztyny owej chrześcijańskiej miłosiernej litości.

W pismach Nietzschego zresztą wielokrotnie napotkać można wzmianki o owym okrutnym i bezlitosnym Bogu przedchrześcijańskim, jak też i o jego śmierci. Gdy żył on jeszcze, to wówczas, ante mortem, miał się podług filozofa – „zachłysnąć miłosierdziem” – wraz z narodzinami chrześcijaństwa, gdy oto posłał on z miłości do grzesznych ludzi swego syna na krzyż, by umarł on dla ich zbawienia, a w skutek czego to właśnie następnie umarł i trwał odtąd, lecz pozostając przy tym martwym trupem Boga zaledwie.

Powyżej omówione wzmianki, z kolei imputują konieczność doszukiwania się owego starego, żywego Boga, który umarł, jak i śladów tego zmarłego już Boga, aż w dawnych żydowskich wierzeniach.

Dokończmy więc to, co już uprzednio zaczęłam poniekąd – czyli próbę udzielenia odpowiedzi na to, jaki więc był ów stary, przedchrześcijański Bóg, gdy jeszcze nie umarł i wciąż żył.

Wspominałam już, iż z pewnością nie wykazywał się on wcale ani żadnym miłosierdziem, ani też litościwą naturą, albowiem zwykle wykazywał on coś wręcz skrajnie przeciwnego. Jako, że odwołując się chociażby do Starego Testamentu tylko, wyłania nam się obraz Boga okrutnego, bezlitosnego i mściwego, który bezlitośnie pali Sodomę i Gomorę; który zsyła na cały ludzki ród niemalże oraz większość zwierząt, roślin i innych stworzeń żywych srogą karę – potop i śmierć w jego skutek; który to kosztem innych narodów wywyższa naród żydowski jako naród wybrany, a jego wszystkich wrogów topi w morzu; który dalej, zsyła żydom mannę z nieba, a nawet zatrzymuje słońce, tylko po to, by armia żydowska w glorii Victorii miała sposobność, aby brutalnie wymordować nim zapadnie noc, już całkiem bezbronne ledwie niedobitki z wrogiej armii. Bóg, u którego rzezie, masowe mordy, rabunki i gwałty spotykają się z pełną akceptacją oraz aprobatą, o ile tylko przebiegać one będą zgodnie z jego boskimi prawami, jakie narzucił ludziom, niczym tyran, bez możliwości jakiejkolwiek ich negacji, podważania, a nawet wszelkiej dyskusji. Bóg, który zupełnie się nie liczy i za nic sobie ma miejsce, jakie zajmował uprzednio w hierarchii społecznej winowajca i bez względu na to, zsyła każdemu jednakowo straszną i okrutną karę za choćby najmniejsze przejawy jakiejkolwiek niesubordynacji, względem tych jego praw czy woli: za jeden, mały przejaw małej wiary Mojżesza kara zapowiadając mu śmierć; żonę Lota tylko za to, że okazała niesubordynację jego nakazom, obejrzawszy się, by spojrzeć na konającą w zgliszczach Sodomę, kara okrutnie, zmieniając w słup soli. Zaś sam Nietzsche pisze w Tako rzecze Zaratustra, wkładając w usta Zaratustry następujące słowa:

[…] Za młodu był ów Bóg ze wschodnich krain twardy, mściwy i piekło sobie zbudował ku rozkoszy swych ulubieńców […][9].

A dalej pisze zaś:

[…] Jednakże on – wszak wiesz o tym, stary kapłanie, coś z waszego, kapłańskiego zachowania było w nim – był wieloznaczny. Był też niewyraźny. Jakże gromił on nas za to gniewem pałający, żeśmy go źle pojmowali! Lecz czemuż nie przemawiał dobitniej? […][10].

Bóg, którego protekcję można utrzymać jedynie za cenę bezwzględnego posłuszeństwa oraz wiernego trzymania się wszystkich jego wielce rygorystycznych praw, nakazów, rozkazów i zakazów, na podobieństwo systemu totalitarnego i tyrana, który trzymał twardo i bezlitośnie pod butem swych poddanych – niewolników, dzierżąc władzę absolutną nad nimi i ich całym życiem, dysponując w pełni i do woli ową absolutom dominium. A wszystkie owe rygorystyczne prawa, nakazy czy zakazy starego Boga są niestety dla Człowieka współczesnego już niemal całkiem niezrozumiałe, i dawno temu utraciły swój wszelki sens oraz moc, umierając wraz ze starym Bogiem…

Odwołam się jeszcze ściśle do słów przytoczonych w powyższym cytacie. Jako, że wnoszą one niezmiernie wiele światła do mej próby rekonstrukcji całej omawianej tu przeze mnie koncepcji Nietzschego.

Niezaprzeczalnie z cytowanych powyżej słów filozofa, wyłania nam się ów stary Bóg, który był jednocześnie Bogiem niezwykle srogim i okrutnym, jak i też zarazem życzliwym. A co więcej, uwidaczniają nam one, iż, o dziwo, powodem, który stał za możliwością jego prezencji – mówiąc nieco archaicznym językiem – w ludzkim świecie oraz świadomości, było to właśnie, iż nigdy nie składał on żadnej deklaracji swego miłosierdzia, ani tego, że będzie on w ogóle miłosierny! Ówczesny człowiek nie mógł absolutnie tym samym oczekiwać od niego tego miłosierdzia, a jedyne, co było mu wolno, to okazywać swemu Panu wdzięczność za zsyłane łaski, czyli jak to określił Żelazny – za „życiowe powodzenie”.

Co jednak stanowiło sedno upadku i śmierci owego srogiego i okrutnego, starego Boga?

Żelazny podaje tu niezwykle słuszne w mym mniemaniu wyjaśnienie, uzasadnione racjonalnymi i mocnymi argumentami, którymi to z tejże racji pozwolę się podeprzeć w mym dalszym wywodzie.

Najsampierw, warto podkreślić pełną przekąsu ironię, wetkniętą, jak szpila w historię izraelitów, która sprawiła, iż ów „czas wielkości” narodu wybranego, tymczasem okazał się być w rzeczywistości, czasem jego wielkiego upadku. Żelazny źródeł tego upadku dopatruje się, primo w ekspansji znaczenia i wpływów kleru, a co doprowadziło z kolei do zastąpienia tej najświętszej „woli bożej” substytutem, jaki stanowiła wola owego rosnącego w potęgę kleru. A wydarzenia dalej potoczyły się mianowicie jak następuje. Oto Kapłan, pretendujący do rangi równej staremu Bogu i najlepiej, także uzyskania należnej mu dotychczas władzy absolutnej, aby zrealizować swe, dość megalomańskie, jak dla mnie, zapędy i aspiracje, oblekł w formę swe własne, nowe „boskie prawa”, ogłaszając je prawami najwyższymi i niepodważalnymi, na równi z dotychczasowymi, boskimi, które to ponoć miały pochodzić od samego Boga, lecz dla autorki jest to kwestia i wątpliwa, i kontrowersyjna, i sporna, a też i dość mało wiarygodna. Tym niemniej, nie zagłębiając się w zbędne dywagacje natury ateistycznej, wróćmy do meritum. Tak więc oto, ów Kapłan, sporządza normy i prawa, z wielką surowością, pedantycznie określające z dokładnością od wielkich po małe podatki wszelkie, jakie to należy, a wręcz jest absolutnie konieczne, jemu płacić – a w sumie to raczej „na niego” płacić i łożyć, i to podobnie jak do dziś – zupełnie za nic w zamian oczywiście! Jak to wielce zabawnie wytyka tu Żelazny, za niewybaczalny grzech uznaje się również zapominanie, iż Kapłanowi należą się, tylko te najlepsze kąski od stada swych posłusznych baranów – choćby mięsa, bo – jak to z przekąsem stwierdza Żelazny: „kapłan żre beefsteaki” – o dziwo w tej kwestii akurat, nie zmieniło się absolutnie nic, aż po dzień dzisiejszy, mimo tylu tysiącleci, jakie upłynęły już od początku naszej ery i czasów chrześcijańskich, ku mej najgłębszej rozpaczy, dodać muszę. Następnie ów Kapłan, sformułował listę wszelkich dóbr, władz czy przywilejów, jakie mu się należą i jakie pragnie posiadać, a co już absolutnie karygodne i oburzające – uznał tę dotychczas panującą „wolę bożą” za nic nie warty stek bzdur, więc miast niej sformułował nową, własną „wolę bożą” – oczywiście podporządkowaną wyłącznie jego dobru, wygodzie, wszelkim jego korzyściom oraz profitom, jak też mającą na celu zapewnienie owemu Kapłanowi możliwie największej władzy i wpływów, jak też bogactwa, dostatków i w służbie tym podobnym odrażająco niskim, płytkim, przyziemnym i niecnym celom, jakie to, a die miały zastąpić wszelkie wartości, cele czy idee zawarte w Starym Testamencie, i stanowiące najwyższe prawo oraz wartość, jako nadane bezpośrednio przez samego starego Boga, nim nadszedł ów wiekopomny moment śmierci Boga. 

Ponadto, ów nowy, samozwańczy substytut Boga i boskich praw, jakim był ów Kapłan – a konkretnie mówiąc – przedstawiciele kleru i władz instytucji Kościoła – ustala i określa cały panujący ład życia oraz jego wszelkich spraw, dopasowując ich funkcjonowanie tak, by Kapłan stał się niezbędną personą w zupełnie wszystkich sferach i aspektach ludzkiej  egzystencji oraz naturalnych w życiu człowieka wszelkiej maści wydarzeń, jak choćby narodziny, choroba czy śmierć, a już nie mówiąc o ofierze – a więc podług Żelaznego „wieczerzy” – gdy to w każdym jednym przypadku musi wedrzeć się tamże, persona świątobliwego Kapłana –  więc współcześnie mówiąc kleryka, jako członka kleru – by je niby w języku kleru i tejże wypaczonej religii: „uświęcać” swą obecnością, czy też w inny, równie irracjonalny, niepojęty i bezzasadny sposób, a zaś mówiąc językiem czy to nauki, czy to choćby i tym potocznym, o ile tylko formułujemy w nim treści logicznie i racjonalnie – znacznie bardziej akuratne, trafne i bliższe rzeczywistości raczej będzie tu, określenie tego celu jako – jak to trafnie ujął Żelazny – ich „wynaturzenie”.

Owe „czasy wielkości” w historii narodu wybranego były czasami wielkiej i donośnej przemiany, nie tylko stosunku do starego Boga, ale i samej jego persony, czy też można by rzec – boskiej personifikacji niejako oraz jej czy jemu wszelkich właściwych przymiotów, cech lub mocy itp., a czego tragicznym skutkiem była podług Nietzschego właśnie owa śmierć Boga, w skutek morderstwa, jakie popełnił na nim Człowiek epoki chrześcijańskiej – jako reprezentacja całej rasy ludzkiej. Przemiana ta bowiem z początku była dwoistej natury, jako że z jednej strony w przypadku pozytywnych efektów działań ludzkich, stopniowo czyniła Boga przedmiotem ludzkiej wdzięczności oraz bazą, dla jego ufności we własne siły. Jednakże z drugiej strony, powodowała, iż stawał się on zarazem również i bodźcem, wywołującym u człowieka negatywną refleksję nad postępowaniem, jakie dotychczas było przyjęte w przypadku jakiegoś nieszczęścia. Jednak owa niby „racjonalność” niejako, kierująca tą dwoistością, z czasem poczynała się, co raz bardziej zacierać i gubić wprost proporcjonalnie do wzrostu ogólnie kapłanów, jako instytucji kapłaństwa (a obecnie – kleru i kleryków, jako kadry i władz instytucji Kościoła katolickiego). Doprowadziło to także do narzucenia przez kler nowej, oficjalnie obowiązującej religii, odmiennej aniżeli ta, jaka np. została ustanowiona wcześniej w Starym Testamencie, i która pełniła funkcję oficjalnej religii w epoce przedchrześcijańskiej, nim narodził się chrześcijanizm. Jednakże kapłani, czy też później kler, zdetronizowali ową uprzednią, oficjalną religię, narzucając nową, własną, podług której to, wola Boga nakazuje wiernym przekazywanie dóbr materialnych kapłanom, a co do dziś w większości pozostało bez większych zmian poza pewnymi wyjątkami. To z kolei powodowało, co raz większe odrealnianie religii, czyli utratę kontaktu z rzeczywistością, mówiąc słowami Żelaznego, jako że taka forma przestrzegania owej nowej „woli boskiej”, oczywiście nie powodowała w żadnym wypadku, jakiejkolwiek realnej poprawy sytuacji, ani też losu posłusznego ofiarodawcy, a wręcz całkiem przeciwnie przeważnie, jak mniemam. Lecz by zagłuszyć tę świadomość u swych wiernych „owieczek”, „chytrzy” kapłani zastosowali z kolei inny, niezwykle cwany fortel, a właściwie formę psychomanipulacji, czym było wprowadzenie przez nich kolejnego, nowego sofizmatu – a który, jak już pisałam, stanowi ogólnie pewne rozumowanie pozornie poprawne, ale w istocie zawierające rozmyślnie utajone błędy logiczne, a tym samym stanowił on po prostu celowy wybieg, mający na celu wprowadzenie w błąd wiernych i przymuszenie ich do posłuszeństwa wobec władzy instytucji kapłaństwa, czy też kleru i Kościoła.

Sofizmat ów mianowicie, narzucał nowe pojęcie Boga, jako istoty, która to miała z kolei objawiać swą moc człowiekowi nie w trakcie życia doczesnego na ziemi, lecz dopiero w zaświatach, a więc po śmierci – jaka to została obarczona wizją wspaniałej nagrody, bądź okrutnej kary, jaka wymierzona po niej zostanie za wszelkie ludzkie postępki, uczynione za całe jego życie doczesne. A tym samym, udało się kapłanom odroczyć chęć gratyfikacji za ofiarowywane im przez wiernych dobra doczesne i stłumić ją w swych owieczkach skutecznie za ich życia. Owe zaświaty, gdzie to Bóg miał dopiero okazać człowiekowi swą moc, i gdzie czekała nań dopiero nagroda lub kara za swe doczesne uczynki, były zaś przeciwstawiane – jak to pisze Żelazny: „[…] wszelkim niedoskonałościom świata doczesnego”[11].

I tak oto mija czas panowania owego starego Boga, Boga, który był obecny tu i teraz, i który tu w życiu okazywał swą moc swym wiernym – obdarowując pomyślnymi i niepomyślnymi wydarzeniami. Zaś na jego tronie zasiada następca – jak to określił Żelazny – ów „Bóg – lichwiarz”. Określenie to jest zasadne choćby dlatego, iż okazując swą moc dopiero w zaświatach, niejako podpisuje on in blanco zupełnie dowolną liczbę weksli, za które jednak należnej płatności nie realizuje za życia doczesnego, lecz dopiero właśnie w owych zaświatach – czyli po śmierci. Nie sposób zaprzeczyć, iż wyraźnie trąci to lichwą.

Nowy Bóg – lichwiarz, wraz z objęciem panowania, zabrania ludziom w życiu doczesnym żądania czegokolwiek od niego, a nakazuje im jedynie dawać, tak by w owym „życiu wiecznym” w zaświatach, odebrali oni sobie dopiero wszystko niby z procentem. Zabawne, że to co, dawali w życiu doczesnym, w zaświatach nie ma żadnej adekwatnej wartości, a tam w zamian odbierają ową zapłatę w formie zupełnie innej aniżeli oni sami dawali, i której nie sposób nijak uznać za równowartość tego, co dali.

Nietzsche również w Antychryście, pisze zaś o tymże nowym Bogu tak:

[…]Bóg, który wymaga, — zamiast Boga, który pomaga, który użycza rady, który w gruncie rzeczy jest wyrazem na wszelką szczęśliwą inspiracyę odwagi i ufności w sobie . . . […][12].

Lecz wciąż bez odpowiedzi pozostaje inne pytanie, jako że owszem Bóg umarł, lecz kiedy mianowicie umarł?

W tej kwestii Nietzsche nie ma absolutnie żadnych wątpliwości. Podług jego opinii bowiem jest oczywiste, iż Bóg umarł w momencie, gdy zesłał na ziemię swego syna, by ów umarł dla odkupienia ludzi – i razem ze swym synem skonał on na krzyżu, a co dla filozofa było równoznaczne z kresem ziemskiej bożej mocy.

To doniosłe wydarzenie miało naturalnie równie doniosłe konsekwencje, które odbiły się szerokim echem na dziejach ludzkości, a echo to nie milknie nadal, aż po dzień dzisiejszy.

Jedną z bardziej doniosłych konsekwencji tegoż wydarzenia, stanowi primo sama owa metamorfoza Boga, i secundo – metamorfoza obrazu Boga, czyli tego jak zmienił się sposób, w jaki ilustrowała go historia ludzkości. O ile bowiem doskonale ilustrowała ona nawet moc owego starego Boga – despoty, o tyle po zmianie w ilustrację nowego, litościwego Boga, nieuchronnie stać się ona musiała – jak to wyraził Żelazny – „[…] czystym urągowiskiem”.

Podług Nietzschego jeszcze w finalnej fazie swego żywota, ów Bóg – despota niejako miał się bowiem zestarzeć, a o czym sam filozof pisze następująco:

[…] stał się miękki, kruchy i współczujący, raczej do dziadka podobny, niźli do ojca, zaś najpodobniejszy do starej chwiejącej się babki. I oto siedział na zapiecku, pełen zgryzoty, spowodowanej słabością nóg, światem i wolą własną umęczony i udusił pewnego dnia nadmiarem litości. […] Zbyt wiele nie udało się temu garncarzowi, co wprawy jeszcze nie nabrał! Że jednak mścił się na garnkach i stworzeniach swych za to, że mu się one nie udały, - to było grzechem przeciw dobremu smakowi[13].

Z kolei za ostatnią fazę upadku żydowskiego Boga filozof uważa właśnie religię chrześcijańską – jej pojawienie się i rychłą ekspansję.

Wówczas to bowiem, ów starotestamentowy Bóg, zostaje zdegradowany do rangi ledwie bezwolnego narzędzia w rękach kapłanów, i a die jest to już ledwie – cytując Nietzschego: „[…] Bóg jako posługacz, jako listonosz, jako przestrzegacz kalendarza […]”[14].

Tym niemniej o dziwo, ów litościwy chrześcijański Bóg mimo, iż został w swej marności pozostawiony sam sobie na pastwę losu, to i tak jakimś sposobem, ostał się dłużej w historii ludzkości, która przecież nie jest ze swej Natury wcale a wcale litościwa, niż można by się spodziewać. Co więc ocaliło tę jego bytność?

I tu Nietzsche również nie ma żadnych wątpliwości, iż było to nic innego, jak owa słynna, aczkolwiek paradoksalnie – „pogańska” niejako – metafizyka platońska, która to przyszła mu z odsieczą, niosąc pomoc, ale i ocalenie. Albowiem ona to dała świetne usprawiedliwienie dla jego lichej bezsilności – ideę dobrego świata prawdy absolutnej, który przeciwstawiała nie inaczej, jak właśnie owej pełnej fałszu doczesnej rzeczywistości. Dla Nietzschego, poniekąd to właśnie owa doktryna Platona mimo, że antyczna, a więc niejako „pogańska” można by rzec, stanowi realne źródło, z którego wypływa cała religia chrześcijańska, a nie działalność Jezusa Chrystusa w żadnym wypadku, jak to głosi obiegowa opinia. Sam filozof pisze zaś na ten temat następująco:

[…] W złowrogiej tragedyi chrześciaństwa jest Plato ową »ideałem« zwaną dwuznacznością i fascynacyą, dla której szlachetniejsze natury starożytne przestawały rozumieć siebie i wstępowały na p om o s t, wiodący do »krzyźa« . . . A ileż to Platona tai się jeszcze w pojęciu »kościoła«, w strukturze, systemie i praktyce kościoła! […][15].

Z tym, że doktrynę Platona od religii chrześcijańskiej odróżnia jedna, aczkolwiek esencjonalna i zasadnicza różnica. Albowiem, nawet w doktrynie Platona mimo, że postulowała ona owo – jak to ujmuje Żelazny – „ […] odrzucenie świata empirycznego pozoru i zwrócenia się ku idei najwyższego dobra […]”[16], to wciąż warunek konieczny stanowiło tu, by odbywało się to w całości – na drodze poznania ratio, a więc rozumowego. Chrześcijaństwo zaś, jak wiadomo powszechnie, odrzuca całkowicie także i ów rozum, jako że postuluje w zamian ideę niejako „czystej wiary” – a więc nie pojmowanej rozumowo, poprzez owo ratio, lecz – mówiąc szczerze – po prosu irracjonalnej wiary na słowo – czyli kolokwialnie mówiąc: tylko dlatego, że ktoś tam kiedyś powiedział „bo tak jest i już!”, jakkolwiek wielce by to nie narażało tej religii na śmieszność. Sam Nietzsche określa to w sposób mniej eufemistyczny, nazywając rzeczy po imieniu stwierdza on, iż jest to po prostu nic innego, jak wyniesienie głupoty ponad rozum, gdyż – cytując za filozofem: „[…]że wiara gór nie przenosi, lecz owszem góry osadza tam, gdzie żadnych niema[…]”[17]. Wspomnę dla dodania nieco pikanterii, iż dalej dodaje on tamże, zresztą jakże wielce sarkastycznie, iż: „[…]o tem poucza nas przelotne przejście się przez dom wariatów”[18]. I jakże tu nie kochać namiętnie genialnej myśli filozoficznej Mistrza Nietzschego? Dla mnie osobiście – absolutnie nie sposób nijak!

Wróćmy jednak do meritum. W tym momencie wywodu bowiem, nasuwa się uporczywie kolejne, równie ważkie pytanie o to, kim według Nietzschego był w takim razie ów Jezus i jaką rolę odegrała ta – skądinąd nieco baśniowa czy mityczna, jak dla mnie osobiście – biblijna postać, nie tylko w całej religii chrześcijańskiej, ale i całej historii ludzkości po urodzeniu Chrystusa.

Poszukiwania odpowiedzi na powyższe pytanie, jaką udzielił sam Nietzsche w swej twórczości, mogą nastręczyć wiele trudności, a nawet wręcz zdać się być również owym crux interpretum, lecz mimo, to postaram się zgryźć tu nawet i tak twardy orzech.

Kimkolwiek Jezus był, dla Nietzschego pewne jest to, kim Jezus nie był – a mianowicie, dla filozof nie był on z pewnością chrześcijaninem. Co więcej, nawet jeśli by hipotetycznie założyć, iż jednak nim był, to wówczas staje się niemożliwe określenie mianem chrześcijanina jego wyznawców i religii, jakiej ma on być ponoć twórcą i założycielem.

To skądinąd kontrowersyjne i obrazoburcze twierdzenie Nietzschego, sam filozof wyjaśnia następującymi słowami w swym Antychryście:

[…] już słowo »chrześcijaństwo« jest nieporozumieniem —, w gruncie istniał tylko jeden chrześcijanin i ten umarł na krzyżu. »Ewangielia« umarła na krzyżu. Co od tej chwili zwie się »Ewangielią«, było już przeciwieństwem tego, co on przeżył: »złą nowiną«, dysangelium. Jest to fałszywe aż do niedorzeczności, jeśli się znamię chrześcijanina widzi w »wierze«, może w wierze w zbawienie przez Chrystusa: jedynie p r a k t y k a chrześcijańska, życie takie, jakie zmarły na krzyżu przeżyw a ł , jest chrześcijańskie...[…][19].

I o dziwo, znając całokształt stanowiska Nietzschego względem religii chrześcijańskiej oraz Boga, akurat ta postać, w odróżnieniu od samego chrześcijańskiego Boga, spotyka się u niego wyjątkowo z raczej dość pozytywną opinią, oceną czy osądem, a nawet rzec by można, iż z pewną przychylnością filozofa dla tejże postaci, a zwłaszcza działalności Jezusa z Nazaretu, która to spotyka się z bardzo pochlebnymi poglądami, ferowanymi przez Nietzschego, choćby we wspomnianym powyżej Antychryście.

W działalności tejże dopatruje się filozof mianowicie, niejako swoistej próby niwelacji obecności obu tychże Bogów – zarówno starotestamentowego Boga – despoty, jak i tego nowożydowskiego „płodu”, jakim był ów nowy Bóg – sługa, który służyć miał wyłącznie kapłanom i ich interesom. Albowiem ów jedyny chrześcijanin, podług Nietzschego miał zgoła odmienny program, aniżeli te, które dotychczas istniały w religii tak ogólnie. Jak sam filozof pisze, jego programem była bowiem: „[…] Nie wiara, lecz czynienie, przede wszystkiem nie czynienie wielu rzeczy, inne b y c i e . . . […]”[20].

Co więcej, ów nietzscheański Jezus, zyskuje też pewną niezwykle istotną świadomość dwóch, newralgicznych dla religii kwestii. Oto bowiem staje się dla niego jasna i klarowna absurdalność tejże chrześcijańskiej wiary, a więc wiary w tego nowego Boga – lichwiarza, w tego Boga niejako „zaświatowego”, jak to trafnie ujął Żelazny. A tym samym, zyskał on również świadomość innego, równie newralgicznego, faktu. Oto bowiem, symultanicznie równie jasna i klarowana, stała się dla niego także i ta jałowa bezcelowość, podejmowania jakichkolwiek prób powrotu z kolei, do tej starej wiary, a więc prób powrotu do wiary w owego starego Boga – despotę. Zaś Jezus wraz ze swym zstąpieniem na ziemię, przynosi ludziom oraz ludzkości zgoła odmienną, nową „Dobrą Nowinę”. Obala ona stary ład, głosząc, iż wszyscy ludzie są dziećmi bożymi, a tym samym czyniąc ludzi równymi Bogu, zaś los ich składa w ich własnych rękach, czyniąc odpowiedzialnym za ów los, wyłącznie ludzką istotę – dotychczas tak marną, słabą i lichą, całkowicie zależną od boskich kaprysów – odtąd zaś mianuje Panem własnego Losu. Jezus dokonuje zarazem całkowitej dewaluacji owych lichwiarskich weksli, wystawianych człowiekowi za życia doczesnego, które a die ma być nie jedynie środkiem do osiągnięcia owego „zaświatowego ideału”, jak to określił Żelazny, lecz nabiera wartości właśnie Tu i Teraz.

Z kolei w innym dziele Nietzschego, w jednej z notatek, a której treść pozwolę sobie tu przytoczyć za Żelaznym z uwagi na jej istotność dla tego wywodu, na temat dokonań Nazarejczyka czytamy, iż:

[…] Jezus przeciwstawił zwykłemu życiu życie rzeczywiste, życie w prawdzie – nic nie jest mu dalsze, niż prostacki bezsens „uwiecznionego Piotra”, wiecznego trwania osobowego. To, co zwalcza, to panoszenie się „osoby”, jakże mógłby chcieć ją właśnie uwiecznić? […][21].

Poczynię tu małą dygresję odnośnie powyżej zacytowanych słów, gdyż nasuwają mi one pewne uporczywe skojarzenia, związane właśnie z przesłaniem Jezusa, jakie to zawarte jest między innymi w Nowym Testamencie. Skojarzenie tu niejako prymarne czy nadrzędne, z którego zaś wypływają dalsze, inne me uporczywe skojarzenia, stanowią same słowa Jezusa, w których obala on, nie tylko owo trwanie osobowe i wszelkie personifikacje czy uosobienia postaci boga, bądź też świętych – a tym samym oddawania czci figurom, ikonom czy obrazom tych uosobień, lecz zarazem, także i sam kościół jako ów Dom Boży, ale i po trochu również jako instytucję, oraz bardziej ogólnie - konieczność wznoszenia świątyń, ołtarzy czy innych miejsc kultu religijnego, a więc naturalnie tym samym, także kapłanów pełniących w nich funkcję, że się tak wyrażę – boskiego namiestnika na ziemi, czyli niejako lidera, przywódcy, czy też duchowego guru wyznawców tejże religii, a też w pewnym sensie „boskiego wybrańca”, którego to Bóg uprawnił do odprawiania obrządku religijnego i innych elementów kultu, udzielania sakramentów świętych, oraz sprawowania i wykonywania boskiej władzy, a także egzekwowania boskich praw i przykazań na ziemi w życiu doczesnym. A mianowicie, chodzi mi o dość słynne słowa Jezusa, w których stwierdza on, iż jego (jako Boga) ludzie znajdą wszędzie – pod każdym kamieniem i w każdym źdźble – a nie jedynie w kościołach, świątyniach czy innych miejscach kultu religijnego, jak to wpajali ludziom interesownie kapłani – on jest bowiem wszędzie, więc człowiek może znaleźć go też wszędzie, w każdym dowolnym miejscu, obiekcie czy sytuacji, gdyż jest on właśnie takowym tworem bezosobowym, co potwierdza zresztą powyższe twierdzenie Nietzschego – czyż w ten sposób Jezus nie chciał zwalczyć właśnie owego panoszenia się „osoby”? Co oczywiste, w ten sposób zanegował on, również sens istnienia i rację bytu wszelkich kościołów, świątyń i innych miejsc kultu religijnego, wraz z ich kapłanami oraz – że tak bowiem – „bałwochwalczymi cielcami”,  czyli wszelkimi posągami, figurami, ikonami, obrazami itp., które stanowią nic innego, jak właśnie pewną formę uosobienia Boga, boskiej mocy czy też owego Sacrum, tak ogólnie, nadając tym bytom – a przynajmniej podług teorii Nietzschego – miast owego „wiecznego trwania osobowego”, postać o wiele doskonalszą i bliższą owego tzw. Absolutu – bezosobową, a wręcz niematerialną moc boską, która jest wszędzie i we wszystkim, napełniając sobą cały ten świat, wszystkie jego twory i stworzenia, staje się do bólu prawdziwie owym Absolutem, do cna prawdziwą Alfą i Omegą…

Lecz dość już snucia dygresji, pora powrócić do tego, co w tym wywodzie stanowi problem najistotniejszy.

Pozwolę sobie więc, jeszcze wrócić na chwilę do dzieła Nietzschego, z którego pochodził uprzednio tu cytowany fragment, dotyczący postaci Jezusa z Nazaretu, jako że możemy się z niego dowiedzieć jeszcze nieco więcej a propos chrystianizmu i jego idei, jakiej krzewienie Nietzsche przypisuje Jezusowi. Albowiem, z kolei w innej tamże notatce czytamy, iż co więcej chrystianizm – a przynajmniej ten postulowany przez Jezusa – zawierał prócz tego, także idee wykraczające poza sferę religii, duchowości czy wiary, obejmujące bardziej świeckie obszary życia, jak choćby państwowości, narodowości, prawa, ustroju, a nawet kwestii społecznych. A konkretnie, treść tejże notatki  na temat owych idei chrystianizmu dostarcza nam informacji, iż zawarto w nim idee, które postulować miały unieważnienie i likwidację wszelkiej państwowości właśnie. A co naturalne, w tym również likwidacji też takich jej elementów, jak obowiązek służby wojskowej czy prawodawstwo, a z kolei w sferze społecznej państwowości, wraz z nią likwidacji zaś podlegać miały także różnice, zarówno te społeczne, czyli inaczej stanowe, jak i narodowościowe. Co więcej, dalej notatka ta, informuje nas o znacznie bardziej radykalnych ideach Nazarejczyka. Mianowicie, dowiadujemy się, iż domagał się on ponadto likwidacji czy zniesienia, nie tylko państwowości ogółem, lecz nawet owego fenomenu samego w sobie, jaki stanowi elementarna komórka społeczna, czyli społeczeństwo. Oto bowiem, realizuje on swój cel, budując na miejsce dotychczasowego społeczeństwa, zupełnie nową, chrześcijańską społeczność, w której to otaczać go będą odtąd jej członkowie, o nieco wątpliwej reputacji można by rzec, o niskim statusie społecznym, dotąd wzgardzeni, ci ostatni, lecz teraz oto mają się oni stać pierwszymi - grzesznicy, prostytutki, trędowaci, głupia tłuszcza i pospólstwo, wzgardzeni zostają teraz z kolei ci bogaci, cnotliwi i uczeni, na samo dno hierarchii społecznej strąceni ze szczytu – tak oto pierwsi zaś, stają się ostatnimi, zgodnie z nauką, jaką to ongiś miał ponoć wygłosić Jezus do swych apostołów.

Tak oto Jezus proponuje ludziom całkiem nową praktykę. Niestety tejże, jakże istotnej kwestii, Nietzsche w swych pismach poświęca stosunkowo mało miejsca, jak też uwagi, mimo, iż obfitują one zwykle w drobiazgową krytykę chrześcijaństwa, nawet tę zgoła niezbyt istotną. Aczkolwiek pewne wzmianki odnośnie tejże kwestii istnieją w rozprawach Nietzschego. Jak chociażby, we wspominanym już Antychryście, gdzie w jednym z fragmentów czytamy, iż:

[…] Jeśli cośkolwiek rozumiem z tego wielkiego symbolisty, to to, że tylko wewnętrzną rzeczywistość brał za rzeczywistość, za »prawdę«, — że resztę, wszystko, co naturalne, czasowe, przestrzeniowe, historyczne, rozumiał tylko jako znak, jako sposobność do przenośni […][22].

Jak podkreśla Żelazny to, iż filozof pisze o owej wewnętrznej rzeczywistości, nie jest w żadnym wypadku równoznaczne z naiwną metafizyką, jako że w cytowanym dziele ledwie stronę wcześniej filozof stwierdza, iż:

[…] Nie potrzebował on już żadnych formuł, żadnego obrządku dla obcowania z Bogiem — ani nawet modlitwy. Zerwał z całą żydowską nauką pokuty i pojednania; wie on, że jedynie w p r a k t y c e życiowej czuje się człowiek »boskim«, »szczęśliwym«, »ewangielicznym«, każdego czasu »dzieckiem Boga«. Nie »pokuta«, nie »modlitwa o przebaczenie« jest drogą do Boga: jedynie praktyka e w a n g i e l i c z n a wiedzie do Boga, ona właśnie j e s t »Bogiem« […][23].

Nie jest rzeczą dziwną wcale, finalna konkluzja Nietzschego, jaką wysnuwa on rozprawiając o owych „chrześcijańsko – dostojnych wartościach”, a w której to stwierdza mianowicie, iż to „[…]dopiero my, my duchy oswobodzone przywróciliśmy do dawnego stanu to największe przeciwieństwo wartości, jakie istnieje!”[24].

Natomiast zrealizowanie marzenia Jezusa o Nowym Człowieku, który miał nadejść, okazuje się być niemożliwością. A tym samym on sam – Jezus z Nazaretu – czyli niejako ów „jedyny chrześcijanin” oraz „jedyny nie z tego świata”, zostaje skazany na nieuchronny finał swego życia na krzyżu.

Ponadto sam Nietzsche usiłuje niejako pełnić funkcję rzecznika owej nowej praktyki życiowej. Łatwo zauważyć to, jak wielkim podziwem darzy on Jezusa, a w zasadzie reprezentowaną przez niego postawę, zaś sam filozof aż do swych ostatnich świadomych chwil pokłada głęboką wiarę w to, iż zdoła dokonać to, czemu nie podołał Nazarejczyk – wyhodować Nowego Człowieka. I dopiero ledwie tuż przed tym, gdy traci on świadomość, uzmysławia sobie ową jakże okrutną prawdę o swym losie, zrozumiawszy, iż jego samego czeka również jedynie droga na krzyż… Nietzsche zaś sam daje temu wyraz na pewnej dość słynnej kartce pocztowej, adresowanej do Georga Brandesa, z dnia 04 stycznia 1889 roku, gdzie to pisze następujące słowa – jak cytuje Żelazny: „Przyjacielu George! Skoro mnie odkryłeś, znaleźć mnie nie było sztuką! Trudnością jest teraz mnie zgubić. – Ukrzyżowany”[25].

Podejmując się próby interpretacji sensu tejże, jednej z ostatnich zresztą, wypowiedzi filozofa, można by go interpretować tak, jak to uczynił Żelazny w swym artykule, a mianowicie stwierdza on, iż:

[…] nie jest sztuką odkryć ukrzyżowanego ani chyba nawet wynieść go na ołtarze, sztuką jest zgubić go, tzn. zmienić sytuację duchową, w której każde pokolenie Europejczyków gotowe jest ukrzyżować go po raz drugi[26].

Uzasadnienie tego stanowić może zaś pewne spostrzeżenie Karla Jaspersa, który stwierdza następującą zależność:

[..] Ponieważ Jezus według Nietzschego nie jest źródłem chrześcijaństwa, lecz tylko środkiem – obok innych – zastosowanym przez chrześcijaństwo, to odwrócenie prawdy Jezusa z góry jest radykalne[27].

A tymczasem sam Nietzsche w chwili utraty świadomości zyskał już wiedzę o tym, iż nie będzie mu dane zostać naocznym świadkiem owych „narodzin człowieka”, a zaś z cytowanej powyżej kartki pocztowej, jasno wynika, iż ponadto przewidywał on również możliwość spożytkowania jego myśli, właśnie „jako środka pomiędzy innymi środkami”.

Czyż jednak sztuką jest sławienie czy wychwalanie samego Nietzschego, jako owego krytyka starego ładu i „proroka” nowego, jak to czynił na przykład Brandes, gdy jako pierwszy prowadził wykłady z filozofii Nietzschego? Na to pytanie odpowiedzieć należy dobitnie „Nie!”, nawet mimo uznania zasług i doniosłości Nietzschego oraz owej odegranej przez niego roli. Albowiem, jak to celnie stwierdza Żelazny, prawdziwą sztukę stanowi coś zgoła odmiennego: dokonanie takiej przemiany świata, by zarówno owa krytyka, jak i wszelkie proroctwa, stały się zupełnie zbędne.

Co się zaś tyczy samego chrześcijaństwa, to warto zauważyć, iż primo jest ono niejako splatonizowaną doktryną, która to od imienia Chrystusa przybrała swą nazwę. A co najistotniejsze, to secundo, bazuje ona na pewnym konkretnym toku rozumowania, a który ująć można by następująco:

  • Tak więc najsampierw, Bóg przybiera ludzką postać i jako człowiek ponosi śmierć na krzyżu;
  • Następnie zaś, miał on jakoby zmartwychwstać i przenieść się w owe „zaświaty”;
  • Stamtąd z kolei, ma on powrócić dopiero w chwili końca świata.

I to tutaj właśnie Nietzsche dopatruje się źródeł owej rzekomej „martwoty Boga” – jak to ujmuje Żelazny – a właściwie to bardziej źródła utrzymania czy trwania nadal w świecie, owego martwego Boga. Tu pojawia się z kolei, konieczność przyjęcia pewnych trzech założeń, z których każde doprowadzić ma nas do istotnej konkluzji, odnośnie istoty Boga.

Mianowicie, przyjmując jako pierwsze założenie, iż pewna istota nieskończenie miłosierna, ma wgląd we wszelkie ludzkie poczynania, czyli „uczynki”, dochodzimy do konkluzji, iż jest to istota bezsilna. Następnie, przyjmując za kolejne założenie, iż takowy wgląd posiadać by miała istota nieskończenie potężna, dochodzimy do wniosku, że owa istota jest zatem okrutna. Z kolei trzecie założenie, na którym to zresztą oparło się właśnie chrześcijaństwo, a podług którego, to owa moc wraz z miłosierdziem, mają niejako stanowić jedność w tychże „zaświatach”, ma wyrażać i stanowić symptom właśnie owej martwoty Boga, a to dlatego, że wówczas zarówno jego moc, jak i miłosierdzi,e mają się mieć do tego świata ludzkiego i empirycznego nijak – pozostają przecież poza nim, jako byt istniejący jedynie w owych „zaświatach”. Zaś utrzymanie bytności owego martwego trupa Boga w tym – to jest ludzkim i empirycznym – świecie, zostało jedynie kupione za cenę, którą stanowił ogromny wysiłek, jakiego dokładała teologia, filozofia oraz instytucjonalne formy religii, by podtrzymać tę bytność, niejako „boskiego trupa”. I zapewne ich wysiłek, nie był ani altruistyczny, ani też pozbawiony celu, a już tym bardziej nie da się ukryć, jak niskie pobudki często gęsto za nim się kryły.

A to wszystko nieuchronnie prowadzić miało do wydarzenia, jakie Nietzsche określa mianem największej tragedii w dziejach Europy. Co zatem stanowiło tak ogromną tragedię, jakiej nie mogła dorównać żadna inna dotychczasowa, a być może i późniejsza, tragedia?

Podług Nietzschego tragedię tę stanowiło, nie samo morderstwo, jakie popełnili ludzie na Bogu, lecz poniekąd, właśnie owo podtrzymanie bytności martwego Boga. Oto bowiem, po dokonaniu mordu, ów stary Bóg żydowski, jaki żył jeszcze w ostatnim okresie upadku kultury Izraela, ów Bóg – bankier, który nakazuje „tu i teraz”, a więc w życiu doczesnym, okazywać mu pokorę i wyrzeczenia, zaś na zapłatę za to, każe czekać aż do samego końca życia doczesnego, wypłacając ekwiwalent dopiero w „zaświatach” – czyli dopiero po śmierci i co istotne – w walucie zgoła odmiennej aniżeli ta, która ma jakąkolwiek wartość za życia człowieka, na „tym” świecie – ów Bóg lichwiarz uzyskuje ogromne wsparcie ze strony metafizyki platońskiej, a jego bytność czy istnienie zostaje podtrzymane i nie przemija, lecz wciąż trwa…

I tu wyłania się cała ohyda i perfidia tego mordu, jakiego dokonaliśmy na Bogu. Albowiem od teraz, nauka Jezusa zostaje ohydnie wypaczona i zaprzęgnięta w służbę celom, które u swego zarania potępiała i którym stawiać miała opór.  Tak haniebne wypaczenie nauki Jezusa, a więc i samego Boga, stanowiło zarazem jego kres – uśmiercając go swym spaczeniem.

Sama ta spaczona idea i nowy Bóg – lichwiarz wystawiający weksle, których spłaty dokonuje dopiero po śmierci, w „zaświatach”, budzi w racjonalnym, rozsądnym umyśle sprzeciw i oburzenie. A tym bardziej w umyśle ateistycznym, dla którego owe „zaświaty” oraz wszelkie życie po śmierci to ledwie mrzonka, twór wyobraźni rodem z bajek dla dzieci. Podobnie zresztą uważał sam Nietzsche, który zresztą nigdy nie krył się ze swoimi ateistycznymi poglądami i jawnie krytykował zarówno samą religię chrześcijańską, jak i jej instytucje takie, jak np. Kościół.  W Antychryście przykładowo filozof wyraża następujący pogląd o tym:

[…] Gdy się punkt ciężkości życia przeniesie n i e w życie, lecz w »zaświat« — w n i c o ś ć — to odbiera się życiu w ogóle wagę. Wielkie kłamstwo o nieśmiertelności osobowej niszczy wszelki rozum, wszelką naturę w instynkcie, — wszystko, co jest w instynktach dobroczynnego, popierającego życie, poręczającego przyszłość, budzi odtąd nieufność […][28].

Czyż można na te słowa nie przytaknąć z uznaniem i nie przyklasnąć prawdziwej mądrości, tak głębokiej myśli? Podług mego mniemania i tym razem również – absolutnie nie sposób bynajmniej!

Tym niemnie,j dla Nietzschego ów „Bóg – poręczyciel”, wcale a wcale nie stanowi jeszcze synonimu ostatecznego końca i upadku religii. Co więcej, w swym dziele Poza dobrem i złem wyraża nawet dość pozytywne opinie na temat religii, a konkretniej możliwości jej użycia, jako środka do podtrzymania łączności władzy z poddanymi, jakie stwarza ona tym „silnym, władczym i dostojnym” – a więc owym możnym, dzierżącym władzę, można by rzec. Poza tym, taki Bóg służy jeszcze jakimś celom, czy jak pisze Żelazny – „jeszcze coś podtrzymuje”. Aczkolwiek, ów cel nie budzi raczej ani uznania, ani poklasku, a bardziej zdaje się dość niski i podły. Celem tym jest bowiem, stan rzeczy, w którym ów Bóg tych dostojnych ma sowicie obdarzać wszelkimi dobrami w życiu doczesnym, czyli niejako „tu i teraz”, za ich życia ziemskiego, zaś jedyne, na co liczyć może plebs, to obietnice miłosierdzia po śmierci – raczej płonne i bezwartościowe w życiu doczesnym oraz na „tym” świecie…. A tym samym, są to jedynie puste obietnice, a całe to jego miłosierdzie, jakim ma obdarowywać w zaświatach, staje się więc analogicznie zwykłym kłamstwem, z tym że kłamstwo to ma pewne znaczenie – często bowiem, odgrywa ono pewną niezwykle istotną rolę społeczną. Mianowicie, napędza pewien mechanizm społeczny, w którym to heretyków pali się na stosach, aby ofiarą z ich cierpienia (doczesnego naturalnie) wyjednać dla nich owo „wieczne zmiłowanie” – jak pisze Żelazny – a tym czasem kler pomnaża swe majątki „ku chwale bożej” i bogaci się kosztem najbiedniejszych – za cenę ich nędzy.

Uwidacznia się tu ów niesprawiedliwy podział na tych szlachetnych, którzy wierzą jedynie w moc władzy, oraz na plebs – oszukiwany i omamiany tym właśnie złudnym mirażem miłosierdzia w zaświatach – wodzony nim za nos, niczym spragniony wędrowiec na pustyni, iluzją wody przez fatamorganę… Podług Nietzschego, taki niesprawiedliwy podział istniał nadal jeszcze w epoce renesansu, aż do czasu, gdy nadszedł jego definitywny kres wraz z wejściem na scenę historii postaci Marcina Lutra i przybiciem jego tez na drzwiach kościoła w Wittenberdze. O tej postaci Żelazny pisze, iż był to: „< o mentalności niewolnika a aspiracjach arystokraty”.

Działalność Lutra przynosi ze sobą rozpoczęcie protestantyzmu, i to dopiero w nim właśnie upadek chrześcijaństwa sięgnąć miał samego dna.

By wyklarować i rozwinąć powyższą tezę, konieczne jest dokonanie pewnej ewaluacji reformacji, a też i protestantyzmu, zwłaszcza z punktu widzenia filozofii.

Podług opinii Nietzschego, reformacja stanowiła – cytuję za Żelaznym: „[…] wywarzanie otwartych drzwi”. Albowiem jej ojcowie i kreatorzy, wykazali się niejako pewną krótkowzrocznością, dostrzegając jedynie fakt wykorzystania nauki o miłosierdziu bożym przez duchowną arystokrację w celu zabezpieczenia swych materialnych interesów. W swych żądaniach zaś, zupełnie pominęli oni kwestie tak istotne i wręcz newralgiczne, jak przemiany w sferze dotychczas panujących stosunków społecznych w zakresie podziału dóbr materialnych, jak i  zniesienie religii, ograniczając swe postulaty jedynie do żądania rozdzielności „spraw boskich od ziemskich” – czyli religijnych od świeckich, mówiąc bardziej współczesnym językiem. A tym samym, także i równości wszystkich ludzi wobec miłosierdzia bożego (wobec Boga), a więc niejako swoistego równouprawnienia, które znosiłoby wszelkie różnice stanowe, czyniąc równym wobec Boga każdego, bez względu na stan społeczny, majątek czy zajmowaną pozycję lub posiadaną władzę – po trosze niejako w myśl łacińskiej sentencji: „Actus hominis, non dignitas iudicentur”, którą sformułował Muncius Felix (Octavius 36) . Jakkolwiek taka idea równości stanowej, by nie była wzniosła czy istotna, tym niemniej, wciąż pozostaje niepełna i jedynie szczątkowa względem całokształtu postulatów, jakie należałoby wysunąć.

Co gorsza, prekursorzy protestantyzmu przeoczyli przy tym, pewien niezwykle istotny, wręcz newralgiczny fakt. A mianowicie fakt, iż patrząc z szerszej perspektywy po uwzględnieniu całokształtu postulowanych przez nich żądań, okazuje się – o ironio - iż obecność Boga w świecie stała się w zasadzie już całkowicie zbędna! Pociągają one bowiem za sobą, konsekwencje, w których wyniku doszło do całkowitego zdetronizowania tego, co stanowiło dotychczas ów przesąd, który służył możnowładcom jako swoisty bat oraz kajdany, utrzymujące w karbach swych poddanych w feudalnym społeczeństwie, stanowiąc elementarny fundament jego funkcjonowania i ładu. Zaś odtąd panować ma nowy ład, w którym wiara „w litość bożą” obowiązuje wszystkich jednakowo. I także jednakowo wszyscy mają być teraz oszukani tym samym, jako że na tym świecie nie istnieje żadna litość.

W efekcie, jak twierdzi Nietzsche, dochodzi do zlikwidowania owej ostatniej z grup społecznych, która to czerpała jakieś inne profity poza iluzją płonnych obietnic miłosierdzia w zaświatach, przestają więc istnieć owi – cytując: „książęta kościoła […]” – a których to – „[…] władcze piękno było zawsze dla ludu dowodem prawdziwości kościoła”[29].

Wówczas, na ich miejscu staje protestancki pastor, skromna persona prymitywnego plebejusza, która w swej marności, odgrywa zarazem niezwykle doniosłą rolę – ostatecznego zabójcy Boga. Oto ów plebejusz, co prawda, z jednej strony pozornie niby przyczynia się do redukcji różnic stanowych i społecznych w zakresie sfery religijnej na rzecz dominacji równości, jednakże równość ta pozostawiała bardzo wiele do życzenia. Istotę tejże równości bowiem, stanowiło, owszem zrównanie wszystkich członków społeczeństwa na jednym poziomie, z tym, że był to poziom niewolników. I choć odtąd wszyscy równi wobec Boga, to jednak zniewoleni, za cenę równości sprzedani jako niewolnicy – czyż nie kojarzy Wam się to uporczywie ze współczesnymi zniewolonymi umysłami rzeszy wyznawców religii katolickiej w naszym rodzimym tzw. potocznie „katolandzie”? Bądź też, ze zniewolonymi umysłami islamskich fundamentalistów, czy też ogólnie fanatyków religijnych bez względu na religię, jakiej są wyznawcami? N’est-ce pas?

 W ferworze mych rozważań nad koncepcją martwego Boga Nietzschego, straciłam nieco umiar, a w efekcie objętość treściowa tego wywodu, urosła już do, aż tak wielkich rozmiarów, pora więc już na finał mych nieco rozwlekłych roztrząsań, aby nie nadwyrężać zbytnio cierpliwości i wytrzymałości Czytelnika.

A ponieważ obowiązujące rygory i normy, określające pewne ramy kompozycyjne dla tego rodzaju tekstów, czy też stylu pisania, wymagają, aby w zakończeniu autor dokonał podsumowania całości swych rozważań, postaram się w tym miejscu podsumować cały ów powyższy wywód, dopełniając swych powinności względem utartych kanonów i tradycji pisarskiej.

W podsumowaniu uznałam za słuszne, odwołać się ponownie do wspominanego artykułu Żelaznego, parafrazując w jego treści finalne konkluzje, jakie ów autor tamże wysnuwa, a to z racji ich niezwykłej istotności i wartości, jaką stanowią, jako podsumowanie, zarówno całości tego wywodu, jak i przede wszystkim – całokształtu omawianej w nim tezy Nietzschego „Gott ist tot” oraz związanych z nią koncepcji i myśli filozofa. Z góry też przepraszam tych Czytelników, dla których takie sparafrazowanie cudzych słów wyda się niesmaczne i proszę o wyrozumiałość – mam bowiem istotne powody, jak i cel, uzasadniający takie odtwórcze parafrazowanie cudzych słów.

 Zaś dla ułatwienia sobie nieco kwestii organizacji tekstu, pozwolę sobie wypunktować kolejno wszystkie finalne konkluzje, jakie zawierać będzie owo podsumowanie.

Tak więc reasumując:

  1. Pierwsza z finalnych konkluzji tyczy się kwestii wskazania ostatecznych morderców Boga, zgodnie z poglądami głoszonymi przez Nietzschego. Otóż podług jego interpretacji są nimi, jak wynika z powyższych rozważań również, właśnie wyznawcy religii protestanckiej. To zaś filozof uzasadnia dwiema cechami, przynależnymi tej religii. Pierwszą z nich jest sposób rozumienia Boga, który jest pojmowany w niej, jako istota w pełni transcendentna. Z kolei druga cecha to identyfikacja tak pojmowanej istoty Boga z – jak pisze Żelazny: „urojoną ideą <>”. A co w efekcie powoduje, odarcie tejże istoty zupełnie z możliwości partycypacji we wszelkich „ideach żywotnych” – jak to ujmuje autor dalej.
  2. Druga konkluzja, tyczy się zaś współczesnego chrześcijaństwa, które w tym wymiarze, o jakim mowa w poprzednim punkcie, traci status kontynuacji owej praktyki życiowej Nazarejczyka, ewidentnie kontynuując ideę zgoła odmienną, jaką stanowi nie inaczej, jak właśnie owa platońska metafizyka.
  3. Trzecia konkluzja, tyczy się z kolei Człowieka, a raczej jego niejako „statusu” w takimże chrześcijaństwie. Nadaje ono bowiem Człowiekowi, miano istoty godnej miłosierdzia, lecz tylko w tym celu jedynie, by utrzymać stałą potrzebę transcendencji, a w zasadzie bardziej – potrzebę osoby kapłana, pełniącego funkcję pośrednika na drodze ku osiągnięciu tejże transcendencji.
  4. Czwarta konkluzja, o jakiej pisze Żelazny, w moim mniemaniu wnosi zaś myśl niemalże bezcenną. Związana jest z ideą wolnej istoty, takiej jaka była marzeniem Nietzschego. Albowiem, podług jego opinii, największą zniewagę dla takiej wolnej istoty, jaką tylko można w ogóle uczynić, stanowi nie inaczej, jak właśnie okazanie jej miłosierdzia.
  5. Tak oto dochodzimy do kolejnej konkluzji – nietzscheańskiej interpretacji tradycyjnego hasła chrześcijaństwa, a które to brzmi: „umarł człowiek, narodził się Bóg”. Zaś w interpretacji Nietzschego traci ono swą pierwotną chrześcijańską symbolikę, zyskując nowe, zgoła odmienne, znaczenie symboliczne. Nietzsche czyni z niego bowiem, symbol pogardy dla człowieczeństwa, a nowym przeciwstawieniem jego egzystencji, jako „godnej politowania” staje się owa „zaświatowa doskonałość”. Analogicznie, hasło to pozostaje w sprzeczności z nauką Nazarejczyka, zaś zgodne jest z platońską metafizyką. Tak więc, w skutek odwrócenia idei Platona na gruncie tradycji chrześcijańskiej, rodzi się zatem również i odwrotne twierdzenie, a mianowicie stwierdzające, iż to: „Bóg jest martwy, rodzi się człowiek”.

Odwołując się z kolei do literatury traktującej o filozofii Nietzschego, zauważyć możemy pewną ogólną tendencję czy trend – negatywną ocenę z jaką spotyka się tam zjawisko owej „śmierci Boga” samej w sobie. Tu Żelazny powołuje się na dwa znamienite opracowania, które stanowi dzieło Karla Jaspersa pt. Nietzsche i chrześcijaństwo oraz rozprawa Martina Heideggera pt. Słowa Nietzschego „Bóg jest martwy”, z racji, iż w obu zawarty jest, właśnie taki sposób interpretacji oraz negatywne nacechowanie owego zjawiska. Dla potwierdzenia autor cytuje tu słowa Jaspersa, który to pisze:

[…] Pyta on (Nietzsche – przyp. aut.) dlaczego Bóg umarł? Tylko jedna z jego odpowiedzi jest wyczerpująco przemyślana i rozwinięta: przyczyną śmierci Boga jest chrześcijaństwo. Ponieważ przez chrześcijaństwo została zniszczona cała prawda, którą człowiek żył przed nim: przede wszystkim tragiczna prawda życia przedsokratejskich Greków […][30].

Jednakże Żelazny wytyka powyższemu twierdzeniu Jaspersa, aż dwa istotne, nieomalże esencjonalne, błędy.

Primo, powyższe stwierdzenie zawiera pewien błąd natury merytorycznej, jako że twierdzenie, iż chrześcijaństwo miałoby niejako zniszczyć kulturę przedsokratejską jest ewidentnie mylne, z racji, iż w chwili rozpoczęcia działalności chrześcijaństwa, które przypada zresztą na drugą połowę I-go wieku naszej ery, niemożliwe było zniszczenie tejże kultury przedsokratjeskiej, jako że wówczas już od dawna ona nie istniała. Zaś kres jej istnienia, na co poniekąd wskazuje sama jej nazwa, jest utożsamiany z momentem śmierci Sokratesa, a który to moment miał mieć miejsce już nieomal pięć wieków wcześniej, przed nastaniem chrześcijaństwa.

I wreszcie secundo – błąd o znacznie większej wadze, wręcz nieomalże newralgiczny i kardynalny dla całej koncepcji Nietzschego, jakiego dopuścił się Jaspers w cytowanym powyżej twierdzeniu. Albowiem, Jaspers stwierdzając tamże, iż śmierć Boga stanowiła zniszczenie myśli przedsokratejskiej, jednocześnie przyjmuje zarazem też założenie, iż to właśnie owa kultura (t.j. przedsokratejska) musiała dla samego filozofa stanowić synonim „żywotności Boga”. Jednak, jak zaznacza Żelazny, Jaspers nie poparł tejże interpretacji żadnymi tekstami źródłowymi, tak więc można ją najprawdopodobniej uznać za zwykłe nieporozumienie.

Tym bardziej, że podług Nietzschego, owego żywego Boga, stanowił przecież  ów „Bóg ze wschodnich krain”, czy też: „Bóg z czasów wielkości Izraela” – a więc ów starotestamentowy Bóg – despota. A  w jednym ze swych dzieł, Nietzsche pisze wręcz następujące słowa:

[…] W »Starym Testamencie« żydowskim, w księdze sprawiedliwości bożej bywają ludzie, rzeczy i mowy w tak wielkim stylu, iż piśmiennictwo greckie i indyjskie niczem dorównać mu nie może. Z czcią staje się i grozą przed tymi olbrzymimi szczętami tego, czem człowiek był ongi, i przychodzą do głowy posępne myśli o starej Azyi i o jej wysuniętym naprzód półostrówku Europie, która w stosunku do Azyi chciałaby koniecznie oznaczać »postęp człowieczy «. Co prawda: kto sam jest jeno nikłem oswojonem zwierzęciem domowem i zna jeno zwierzęcia domowego potrzeby (na podobieństwo naszej dzisiejszej inteligencyi, z dodaniem chrześcian »inteligentne « wyznających chrześciaństwo —), tego w tych ruinach nic nie zadziwi a tem mniej zasmuci — upodobanie do Starego Testamentu jest kamieniem probierczym »wielkości« i »małości« —: snadź Nowy Testament, księga łaski, zawszeć mu snadniej przypadnie do serca (jest w nim wiele rzetelnej czułostkowej dusznej braciszków klasztornych i małych duszyczek woni). Połączenie tego Nowego Testamentu, stanowiącego pod każdym względem rodzaj rokoka smaku, ze Starym Testamentem w jedną całość, w biblię «, w księgę samą w sobie«: jest snadź największem zuchwalstwem i »grzechem przeciw duchowi«, jaki Europa literacka ma na sumieniu […][31].

Można jednak przypuszczać, iż na sposób interpretacji myśli Nietzschego przez Jaspersa, rzutuje jego własna ewaluacja Boga, który stanowił dlań wartość zdecydowanie pozytywną.

Aczkolwiek to nieporozumienie w filozofii Jaspersa, bije na głowę postawa reprezentowana przez wspominanego tu Heidegger’a. Pisze on mianowicie, iż:

[…] Skoro Bóg jako ponadzmysłowa podstawa i jako cel wszystkiego, co rzeczywiste, umarł, skoro ponadzmysłowy świat idei postradał swą wiążącą, a przede wszystkim pobudzającą i budującą siłę, wówczas nie pozostaje nic, na czym człowiek może się utrzymać i ku czemu może się skierować […][32].

Nie da się odmówić słuszności Żelaznemu, iż po lekturze cytowanego powyżej fragmentu, nasuwają się uporczywie pewne pytania odnośnie myśli Heideggera tamże zawartej. Chciałoby się bowiem, zadać tu pytania o ową ponadzmysłową postawę oraz ów ponadzmysłowy świat idei – i o to, jakich tychże konkretnie, tyczy się cytowana powyżej wypowiedź Heideggera? Albowiem, czyż nie jest prawdą, iż w filozofii Nietzschego, ów ponadzmysłowy Bóg podług niej, wcale a wcale nie musiałby umierać z racji tego, że już jest martwy? A zaś każda moc „pobudzająca i budująca siłę” podług tejże filozofii, musi być ze swej natury mocą zmysłową – n’est-ce pas?

Nieuchronność śmierci owego starego Boga – despoty, rozumianego jako swoista homogeniczna moc, która rozpościera się nad całą ludzkością, a którą każda jednostka z tej ludzkości doznaje czy doświadcza, jako swoisty nieubłagany, niechybny przymus, zdaje się być dla filozofa ewidentna, co potwierdzają chociażby cytowane już tu uprzednio słowa, które włożył on w usta Szalonego Człowieka – który mówi, przypomnijmy, tak:

[…] Jakież uroczystości pokutne, jakież igrzyska święte będziem musieli wynaleźć ? Nie jestże wielkość tego czynu za wielka dla nas? Czyż nie musimy sami stać się bogami, by tylko zdawać się jego godnymi? Nie było nigdy większego czynu — i ktokolwiek tylko po nas się urodzi, gwoli czynowi temu należeć będzie do historyi wyższej, niż wszelka dotąd była historya!« […]

Albowiem, tylko dzięki jego śmierci stało się możliwe dla człowieczeństwa, przejście do nowego etapu: od etapu człowieka do etapu nadczłowieka. A więc tym samym przejście od etapu istoty, która jest bezwzględnie podległa owej homogenicznej, zewnętrznej mocy, do etapu istoty, która staje się integralną jednią swej własnej, bezwzględnej mocy.

W śmierci Boga jednakże, jest też zawarty element pewnego tragizmu, a konkretnie tragizm tejże śmierci tkwi w tym, iż umarł on niejako z litości, a także w tym, że po swej śmierci nadal jedynie jako „martwy fetysz” pozostaje wciąż, wegetując w tym ludzkim świecie – a tym samym owe słynne słowa Jezusa, które miał wypowiedzieć na krzyżu: „Consummatum est!”, zyskują zupełnie nowe znaczenie i sens – oto bowiem dokonało się, umarł Bóg i odtąd jest, lecz jest martwy!

Albowiem Jezus, nawet poprzez swe ukrzyżowanie i męczeńską śmierć, nie zdołał tego świata odrzeć z obecności owego martwego Boga. A nawet wręcz całkiem odmiennie, bo czyż wszakże to nie dzięki jego działalności właśnie, człowiek poczuł odczuwać tę obecność o wiele bardziej dotkliwie? I na tej płaszczyźnie te dwa tysiące lat ewolucji, jaką przeszła kultura europejska, zdawać się może właśnie rojeniami owego „szalonego człowieka” – i niczym w słynnym monologu Zygmunta z dramatu Pedro Calderone de la Barca pt. Życie jest snem:

[…] Czym jest życie

Snem szaleńca

Aktem umysłu

 

Czym jest życie

Cieniem […][33].

 

I tak oto dochodzi do sytuacji, w której dualistyczna forma istnienia Boga, nie rzadko staje się owym crux interpretum dla niejednego z interpretatorów filozofii Nietzschego. A to, z racji skrajności przeciwstawnych rodzajów bytu, z których zbudowana jest owa dualistyczna forma istnienia. Oto bowiem Bóg umiera, stając się czymś, co śmiało nazwać by można, oksymoronem. Bóg bowiem, z jednej strony wciąż jest, istnieje nadal, a zarazem jednocześnie jest on martwy, pozostaje martwą formą istnienia; jest martwy, lecz mimo to wciąż obecny. A powszechną akceptację takiej właśnie formy istnienia, udaje się podtrzymać jedynie sztucznie – tak jak funkcje życiowe po śmierci mózgu można podtrzymywać za pomocą respiratora, mimo że mózg pacjenta już dawno jest martwy.  Tym nie mniej, ów dualizm tkwi również w samej śmierci Boga i tym, że jest on martwy w jej skutek. Albowiem, śmierć zwykle oznacza pewien kres istnienia czegoś. A stąd wynika wniosek, iż skoro Bóg umarł i jest martwy, to jest to także równoznaczne z końcem jego istnienia, a więc tym, że go zarazem już nie ma, z innej strony patrząc. Albowiem, umarł On, a wraz z jego śmiercią umarły jego prawa, których przestrzeganie utraciło cały sens, ponieważ przestało przynosić jakiekolwiek realnie wymierne efekty, czy skutki.

Tak oto, zbliżając się wreszcie ad finem tego wywodu, docieramy do miejsca, w którym tytuł, jakim opatrzony jest ów tekst przez autorkę, oraz jego cały sens i znaczenie, zyskują pełne uzasadnienie i wyjaśnienie, a jego celowość, jak i trafność stają się wreszcie w pełni klarowne dla Czytelnika.

A mianowicie, wszelkie kwestie czy wątpliwości związane z tytułem, którym opatrzyłam swój artykuł, klaruje całkowicie już w pełni fakt, iż owa śmierć Boga pozornie zdawać by się mogła nową, otwartą furtką, którą człowiek miał oto wkroczyć w wyższą fazę swego rozwoju – właśnie ową „drogą ku boskości” dla nadczłowieka, o której mowa w tytule tej pracy. Przy czym jednocześnie, ta nowa furtka czy droga ku boskości, pozostaje zarazem zamknięta tym samym – zatarasował ją bowiem, ów trup martwego Boga, który choć martwy, to wciąż jest obecny, a o którego to w moim tytule, potyka się ów nadczłowiek na swej drodze ku boskości.

W tytule tejże pracy ów nadczłowiek, potknąwszy się o trupa martwego Boga, następnie wpada zaś „[…] do beczki po uszy w nihilizm”. Ten fragment mego tytułu najlepiej klaruje i uzasadnia z kolei pewien wniosek, jaki tu można by wysnuć z powyższych stwierdzeń. A mianowicie, można by więc, tu sformułować konkluzję, iż następstwem owej śmierci Boga był właśnie nihilizm, w którym to pogrążył się nie tylko sam człowiek, jego cały świat, ale też ogólnie wszystko, co po tejże śmierci miało miejsce, aż do czasów współczesnych. A to z racji, iż wszystko to, co wydarzyło się od tego newralgicznego momentu śmierci Boga, aż po dzień dzisiejszy, nie stanowi nic jakkolwiek konkretnego, a w zasadzie raczej, to wszystko co było i co wydarza się nadal, stanowi po prostu to NIC – ergo jest niczym, bytem do cna nihilistycznym, lub właśnie – pogrążonym po uszy w nihilizmie, jak to ujęłam w powyższym tytule. A podług samego Nietzschego, to „NIC” rozszerza się wciąż nieustannie, zaś owo niejako Fatum człowieka, który w nim żyje, stanowić ma nic innego, jak właśnie ów nihilizm. Nihilizm, w który to człowiek wpadł, i w którym ugrzązł w skutek śmierci Boga – gdy oto na drodze ku boskości, potknął się o jego trupa – a który to tym samym, zniweczył wszelkie wysiłki ludzi, na swej drodze ku boskości czynione – odtąd stała się ona bowiem ledwie ślepą uliczką czy zaułkiem, z którego wyjazd zablokowany został przez nihilizm, po tym, jak człowieka zapędziła weń śmierć Boga i martwota jego trupa, który nadal wciąż jest obecny…

I ta, nieco przygnębiająca być może, refleksja będzie tu pełnić rolę finałowej sceny w ostatnim akcie, która prowadzi zawsze nieuchronnie ad finem­ ­– wieńcząc koniec całych powyższych rozważań, tutaj przeze mnie poczynionych. A całą ich treść uprzednio tu zawartą, pozostawiam Czytelnikowi – jak to się mówi po łacinie – ad deliberandum, licząc na jego przychylną reakcję, a być może również i opinie, na temat owocu mej pracy i wysiłków, jakie tu poczyniłam.

Tak oto, kończę więc w tym miejscu już definitywnie swe roztrząsania, stawiając tu oto, tę przysłowiową ostatnią kropkę.

 

By Anna Gabriella Lilith Gajda © All Rights Reserved

Nihilistyczny Sosnowiec w pełni XXI wieku

[1] Fryderyk Nietzsche, Wiedza radosna, tłum. L. Staff, Nietzsche Seminarium, Łódź – Warszawa 2010, s. 167 – 169. 

[2] Mirosław Żelazny, Nietzsche: śmierć Boga, Racjonalista.pl.

[3] David Lang, Doświadczenie schizofreniczne, „Literatura na świecie” 1976 nr 11, s. 263.

[4] M. Żelazny, op cit.

[5]Ibidem.

[6] F. Nietzsche, Antychryst, Warszawa 1905, s. 364.

[7] M. Żelazny, op. cit.

[8] F. Nietzsche, Antychryst, tłum. L. Staff, Nietzsche Seminarium, Łódź – Wrocław 2009 – 2010, s. 20 – 21.

[9] F. Nietzsche, Tako rzecze Zaratustra, Warszawa 1905, s. 364 – 365.

[10] Ibidem, s. 365.

[11] M. Żelazny, op. cit.

[12] F. Nietzsche, Antychryst, tłum. L. Staff, Nietzsche Seminarium, Łódź – Wrocław 2009 – 2010, s. 35.

[13] F. Nietzsche, Tako rzecze Zaratustra, Warszawa 1905, s. 364 – 365.

[14] Ibidem, s. 81.

[15] F. Nietzsche, Zmierzch bożyszcz, tłum. S. Wyrzykowski, Nietzsche Seminarium, Łódź – Wrocław 2009 – 2010, s. 121.

[16] M. Żelazny, op. cit.

[17] F. Nietzsche, Antychryst, tłum. L. Staff, Nietzsche Seminarium, Łódź – Wrocław 2009 – 2010, s. 77.

[18] Ibidem.

[19] F. Nietzsche, Antychryst, tłum. L. Staff, Nietzsche Seminarium, Łódź – Wrocław 2009 – 2010, s. 54 – 55.

[20] Ibidem, s. 55.

[21] Idem, Aus dem Nachless der Achtzigerjahre. Werke, Bd. III, München 1956, s. 654.

[22] Idem, Antychryst, s. 49.

[23] Ibidem, s. 48.

[24] Ibidem, s. 52.

[25] Idem, Aus dem Nachless der Achtzigerjahre. Werke, Bd. III, München 1956, s. 1350.

[26] M. Żelazny, op. cit.

[27] K. Jaspers, Nietzsche und Christentum, München 1952, s. 24, [w:] M. Żelazny, op. cit.

[28] F. Nietzsche, Antychryst, tłum. L. Staff, Nietzsche Seminarium, Łódź – Wrocław 2009 – 2010, s. 61.

[29] Idem, Nietzsche contra Wagner, Werke, Bd. II, s. 1051 – 1052.

[30] K. Jaspers, Nietzsche und das Christentum, München 1952, s. 16

[31] F. Nietzsche, Poza dobrem i złem, tłum. S. Wyrzykowski, Wyd. Nietzsche Seminarium, Łódź – Wrocław 2010, s. 77 – 78.

[32] M. Heidegger, Holzwege, Frankfurt am Mein 1972, s. 200. [w:] M. Żelazny, op. cit..

[33] Calderon Pedro de la Barca: Dramaty. Posłowiem opatrzył Zygmunt Czerny. Kraków 1975 (tu: Życie jest snem. Imitował Jarosław Marek Rymkiewicz), s. 545.

By Anna Gabriella Lilith Gajda © All Rights Reserved

"Zima" 18:25, dnia 19 kwiecień 2019r.
„Auto-ujarzmianie” 20:16, dnia 28 marzec 2019r.

Komentarze

nie tylko fakty ale i lotne nadinterpretacje..

Napisz komentarz

Imię:*
Email:*
Komentarz:*