MENU
Jesteś tutaj: MAGIA SŁÓW Formy prozaiczne Poranek degenerata

Poranek degenerata

#proza #codzienność #degeneracja #człowiek #upadek

23:45, dnia 28 marzec 2019r.
Kategoria:Formy prozaiczne
62
0

Noc jeszcze mocno trzyma niebo za pysk, napełniając jego gardziel wszechobecną czernią.

Ale przez sen już wyczuwasz nadchodzące zagrożenie… i wtedy świdrujący pisk budzika wyrywa cię ze snu, niszcząc ostatki radości w twoim życiu – nawet, jeśli tylko wydumane przez śpiący umysł…

Przekleństwo samo wpełza ci na zaślinione usta, nikt normalny nie uznałby tego za objaw degeneracji, bo nikt normalny nie lubi tego świdrującego w czaszce, cholernego budzika ani gubić senne marzenia….

Cały już rozdygotany z nerwów wstajesz pośpiesznie by uciszyć szybko piszczący zajadle budzik… zimno panujące w mieszkaniu strząsa brutalnie resztki snu z Twoich powiek. Czujesz jak rosnące rozdrażnienie wypełnia cię od środka i powoduje nieznaczne drżenie… Zatrzymujesz się na chwile, tępo patrzysz w ścianę, zastanawiając się, co zrobić teraz, i jak się pozbyć tego drżenia…

Twój wzrok pada na niedokończoną wczoraj szklaną karafkę wypełnioną w jednej setnej złocistym płynem. Wahanie trwa ułamek sekundy a znieruchomiałe ciało naglę ożywa i ręce sięgają do mieniącej się karafki… przy okazji zapalasz światło, żeby nacieszyć się piękną bursztynową barwą ostatków leczniczej cieczy w karafce. Tak… bursztynowy, mieniący się ciepły odcień … mrużysz oczy ciesząc je słoneczną barwą… a potem napełniasz szklankę, podnosisz i przykładasz do spragnionych ust. Już pierwszy łyk wypełnia Twoje ciało przyjemnym ciepłem i wreszcie wraca Życie. Nagle myślisz, już rześko: „Tak, teraz to już na pewno nie śpię… „

Za oknem smolista czerń ustępuje miejsca szarości świtu. Z ciemności wypełzają bryły brudnych blokowisk i plątaniny ulic do nikąd…

Każdego dnia, tuż po przebudzeniu uderza cię pewna myśl, i już traktujesz ją, jako nieodłączną część dnia… bez której dzień nie byłby dniem… ta myśl to krótkie pytanie:, „Kim jestem?”, banalne, ale za każdym razem, gdy w myślach słyszysz to idiotyczne pytanie, wstrząsa tobą zimny dreszcz i jakby coś obślizgłego pełzło wzdłuż kręgosłupa…

I jakoś nie pamiętasz byś kiedyś na nie odpowiedział… to pytanie jest jak pusta kartka w środku książki, jak martwy motyl przypięty pinezką do korkowej tablicy, jak niezrozumiały bełkot… zawisa gdzieś w próżni bezowocnie, bezsensowne i bezpłodne.

Potem pora na mocną kawę w miniaturowej, blokowe kuchni, gdzie przejście między składanym blatem a kuchenką znika, gdy się rozłoży ten blat. Czajnik cicho pogwizduje, a para wodna unosi się w miękkich kłębuszkach w dusznej kuchni. Gdy czajnik od pogwizdywania przechodzi do histerycznych ostrych gwizdów, wiesz, że doczekałeś się na swój wrzątek. W milczeniu i ciszy przerywanej tykaniem ściennego zegara pijesz mulistą, zawiesistą kawę, licząc w myślach odpryski na żółtych kafelkach zdobiących ścianę. Cisza. Gęsta i zawiesista jak Twoja kawa… Monotonne tykanie zegara… w takich chwilach świat się odrealnia, przybierając kubistyczne kształty wykrzywionych twarzy prostytutek z obrazu Picassa. Ale Ty nie wiesz o tym. W Twojej głowie nie zrodziło się podejrzenie, że to nie jest realne już…

Po podłej kawie czas na toaletę. W obskurnej łazience, gdzie goła żarówka dynda wesoło z odrapanego sufitu spoglądasz w upstrzone lustro. I właściwie nie wiesz, co widzisz. Zupełnie anonimowa twarz, nalana, bez wyrazu, patrzy na Ciebie równie anonimowym spojrzeniom wodnistych kulek nieokreślonego koloru. Poprawiasz nerwowo rozrzucone w nieładzie szare kosmyki włosów. I myślisz: „Chyba nie kojarzę tego typa…”

Prawie nie odnotowujesz brudu i smrodu w jeszcze ciaśniejszej niż kuchnia łazience. „Kibel znów się zapchał, szlag by to…” – pojawia się w twojej głowie bezpłciowa myśl i na ułamek sekundy nasila się uczucie rozdygotania i rozdrażnienia. I znów ta zawiesista cisza. Taka martwa, taka bezproduktywna. Z kranu zaczęła kapać woda, irytujące stukanie tłustych kropli o blaszany zlew pulsuje nieznośnie w uszach. Toaleta skończona, a ten obcy typ w lustrze wykrzywia twarz w grymasie niezadowolenia i obrzydzenia do wszystkiego…

Szarość świtu nieco się już rozjaśnia, niewyraźne kształty mebli nabierają wyrazu. Stara, zdezolowana wersalka, ukazuje bogactwo dziur i plam na zniszczonej tapicerce w żółte koła. Równie brzydkiej jak ten grymas z lustra.

Zaglądasz do wnętrza zardzewiałej lodówki i wzrokiem przeszukujesz jej opustoszały interior. Zbłąkany wzrok trafia na resztki kiełbasy i nieco zjełczałe masło. Poza tym kilka bryłek lodu i opakowanie po mleku.  Cóż… kawałek kiełbasy musi ci wystarczyć póki nie upolujesz więcej pożywienia… W ciszy żujesz podstarzałą kiełbasę, ze znudzeniem mieląc wydatną żuchwą. Ta cisza zaczyna cię przerażać powoli… z takiej ciszy rodzą się demony w głowie, wiesz to już, przypomina Ci o tym poszarpana blizna na przedramieniu.

Świt rozkwitł już w pełni, szybko ubrałeś się w leżące na podłodze ubranie i spojrzałeś kontrolnie na budzik… 07.45… o 08.00 otwierają jadłodajnie na Kruczej. Skontrolowałeś ręką wszystkie zakamarki kieszeni w poszukiwaniu jakiejś gotówki, ale uzbierało się niecałe 1,40zł tylko. Na flaszkę nie starczy, chyba, że piwo z jednego z tanich dyskontów, które wyrastały jak grzyby po deszczu na całym osiedlu. Ludzie szli tam gdzie tanio. Bieda wszystkich zmuszała do obniżenia standardów. Ludzie przestawali grymasić, każdy brał to, co konieczne niezbędne do życia i nie padały słowa niezadowolenie. Byle by mieć, co do gęby włożyć.

Ci, dla których nawet tani dyskount był za drogi, rozpoczynali już swój dzień uwijając się  wśród śmietników, nurkując do wnętrza metalowych kontenerów w poszukiwaniu czegoś jadalnego, puszek i innych skarbów, które ludzie wyrzucali bezmyślnie! Im obce jest marnotrawstwo!

Chwilę patrzysz jak zgarbiona, gruba baba pokracznie wkłada połowę tułowia do śmietnika i grzebie w jego cuchnącym wnętrzu. Z ust wyrywa Ci się pusty, matowy skrzek imitujący śmiech. Urywa się szybko i głucho. Ty nie grzebiesz w śmietnikach, wiesz, że są lepsze miejsca do szukania puszek, jak miejsca spotkań młodzieży, gdzie wieczorem młodzi chętni chłopcy piją piwo i tarmoszą spódniczki dziewcząt. W ich młodych głowach wciąż siedzą wizje lepszej przyszłości, z dala od biedy, brudu i betonowego osiedla. Ale Ty wiesz dobrze, że wkrótce znikną, pękną jak mydlane bańki, a brutalna rzeczywistość pokaże im gdzie jest miejsce takich jak oni….

Pora na rozpoczęcie dnia…. Wychodzisz na zewnątrz, ciemna i brudna klatka schodowa wita cię odorem stęchłego moczu i szczurzych odchodów. Napisy na ścianach opiewają boskość ich autorów, wyliczają ile razy Jolka dała dupy w tym tygodniu, lub nawołują obywateli do dbania o czystość nawet przy masturbacji.

Wychodzisz, uderza cię zimne, ostre poranne powietrze, to dopiero wiosna i poranki na prawdę bywają chłodne. Trochę dygoczesz, bo przez dziury w wytartej wiatrówce wpada ci to zimne powietrze i wzmaga odczucie zimna. „Cholerna dziurawa szmata!  Bez różnicy czy ją założę czy nie, tak samo mi cholernie zimno!” – rugasz w myślach znoszoną wiatrówkę, myśląc jednocześnie o narastającej chęci na papierosa.

Chytrze rozglądasz się po chodniku, przeczesując go w poszukiwaniu, co większych niedopałków. Wypatrzyłeś jakiś i nurkujesz jak drapieżny ptak po zdobycz. Odpalasz, zaciągasz się i czujesz rozchodzącą się po całym ciele błogość, gdy nikotyna uderza falą w mózg. Idziesz dalej, trzeba zarobić nieco grosza jak na rasowego mężczyznę przystało!

Najpierw obchód miejsc spotkań okolicznej młodzieży, potem dobrze by było zajrzeć do tej jadłodajni…. Ale puszki to za mało na flaszkę jeszcze… tym bardziej, że środek tygodnia i młodzież mniej pije niż w dni wolne. W głowie szukasz uparcie innych źródeł dochodu, mijając brudne, zasrane skwerki, śmierdzące śmietniki, zdemolowane szkielety placów zabaw i betonowe, zimne, brudne ściany kolejnych bloków. Niebo wciąż zasnute chmurami, jakby zasępione brudem i nędzą wyzierającą z trzewi blokowiska. Na czole pojawiła się głęboka bruzda zwiastując wytężoną pracę opuchniętego wczorajszym, przetrawionym alkoholem mózgu. Pieniądze leżą na ulicy powtarzasz sobie, żeby wspomóc kombinowanie….. Można by spróbować poszukać butelek z kaucją rozrzutnie porzuconych w krzakach. Chociaż tu niewielu pozwala sobie na rozrzutność… w starej fabryce znalazłoby się pewnie trochę kabli do obrania…. A może uda się uzbierać węgiel na nasypach i sprzedać na targu jakiemuś nieporadnemu emerytowi, który woli nosić częściej a po trochu… to tak jak u nich z sikaniem – szyderczy rechot bulgota w gardle, rozbawiłeś się sam szwankującą prostatą jakiegoś starucha….

Opcje zarobku topniały jak śnieg na wiosnę ukazując zalegające po zimie śmieci. I choć to nie lada wyczyn udawało Ci się połączyć liczenie zarobionej gotówki ze znajdowanych puszek z dalszym szukaniem źródła zarobku.

Właściwie to byłeś dumny z siebie, że zarabiasz jak porządny człowiek. Pracą i myśleniem. A może kombinowanie, bo to w biznesach bardziej przydatne. Nie byłeś jak te lumpy żebrające w Centrum czy pod Kościołem. Brzydzisz się żebrakami, nie raz ich poszczułeś i rechotałeś patrząc jak w popłochu uciekają by schować się w bezpiecznych objęciach bram, klatek schodowych i zaszczanych melin… Choć meliny nie są takie złe… właściwie… sam wiesz, że z towarzyszami niedoli bywało tam całkiem miło i przytulnie. A czasem zdarzało się też tarzanie z bezzębną Jadzią, co lubi mocne trunki równie mocno, co męskie organy, albo z innym nocnym ptakiem z połamanymi skrzydłami. Na wspomnienie ich obwisłych piersi w dłoni poczułeś niepokojące mrowienie w dole brzucha…. „Baby! – nic tylko problemy przez to są i same nieszczęścia!” – złość na tą prymitywną i pasożytniczą formę życia zwaną Kobietą, wylała się w Twoim betonowym jak to osiedle sercu.

Puszek było mało jak przypuszczałeś. Wszystkie miejsca, w których warto było szukać już sprawdzone. Liczysz… będzie może z 8zł z tego… w kieszeni brzęczało Ci Twoje 1,40… „to dodać będzie razem…” cóż, prosta matematyka jakieś 9,40zł… na dobre winko o bogatym siarkowym bukiecie starczy… ale flaszka! Smutek ogarnął Cię, że ten zakup nadal był odległy jak Pluton od Ziemi mimo paru godzin ciężkiej pracy! Marne czasy, zarobki marne, marny rząd i wszystko marne w ogóle…

Skierowałeś swe kroki wprost na Kruczą, by przełykając upokorzenie zdobyć coś do jedzenia. Jacyś napaleńcy prowadzili tam jadłodajnię dla bezdomnych i nędzarzy. Dostawało się coś ciepłego, czasem nawet jakiś suchy prowiant. A na święta paczki dawali nawet z żarciem…. I kto im na to pieniądze dawał? A może to jakieś świry i rozdają swoje innym za darmo? Wiadomo, może pouciekali z wariatkowa i robią głupoty… ale czemu nie.,. bezdomni mają co zjeść, on przy tym też…, co mu tam czy to czubki czy debile…

I kto za to płaci, ważne, że nie on!

Nie lubił chodzić na Kruczą, bo musiał prosić o jałmużną tak jakby. Ale to jedzenie było a nie pieniądze.. a jedzenia się ludziom nie powinno żałować – tak go babka uczyła jak odwiedzali ją raz do roku na wsi, wracając do domu z połową świni na pamiątkę. A babka wiedziała, co mówi! Kobieta mądra była z niej, umiała cztery krowy, 2 hektary pola, kury, kaczki i jednego, ślepego królika w ryzach utrzymać i obrobić. I jeszcze dziadka póki żył trzymać za kołnierz i z pijackich posiedzeń do domu ściągać. Choć babcia była słusznych rozmiarów a dziadzio jakiś mały i cherlawy ale nie w tym rzecz!

„O czym to ja myślałem…?” – brudnym paluchem poskrobałeś się po głowie bezwiednie, jakby ten gest był zaklęciem przywołującym rozpierzchłe myśli… „A tak… Krucza, a potem wyprawa do starej fabryki, tylko żeby cerbery nie złapały, bo znów żebra porachują!!” – dziwnym sposobem, ten bezwiedny gest wrócił Twoją głowę do zgubionej myśli.

Na Kruczej już od wejścia pachniało podłym jedzeniem. Taki aromat podgrzewanych pomyj mieszany z aromatem kapusty. Znów przyplątała się tęga babka- a raczej jej wspomnienie, bo babcia też miała zawsze taki zapach. I może to wspomnienie z dzieciństwa łagodziło nieco wstyd i upokorzenie tych wizyt na Kruczej. Wchodząc do wnętrza jadłodajni szybko obrzuciłeś spojrzeniem całą salę jadalną. Szukałeś znajomych twarzy, twarzy, które oznaczały kłopoty, twarzy, które trzeba by obić i dokonywałeś szybkiej oceny sytuacji.

Na Sali powietrze było nieznośnie gorące i duszne. Wilgoć z pary unoszącej się z gotujących się kotłów na tyłach Sali, podnosiło też wilgotność, sprawiając, że jeszcze trudniej było tam oddychać, a miało się wrażenie, że ciężki kamień przygniata do ziemi swym obojętnym ciężarem. Pot spływał po plecach i czole, smród potęgował się nasiąkając jego odorem i smrodem niemytych ciał. Ale wszyscy jedli ze smakiem…. Nikt nie wydawał się tym przejmować.

Udało Ci się wyłowić wolne miejsce w rogu Sali. Właściwie to był spory kawałek wolnego miejsca… „Może tam jest rezerwacja dla prominentów” zarechotałeś wewnętrznie z własnego taniego dowcipu. Najpierw po żarcie… skierowałeś kroki ku długiej, upstrzonej przez muchy, dawniej pewnie białej ladzie, gdzie wydawano posiłki. Za ladą w foliowym czepku stała korpulentna kucharka dzierżąc jak berło królowej aluminiową chochelkę w swej pulchnej dłoni. Obrzuciłeś krótkim spojrzeniem jej wydatne piersi i pytaniem powitałeś jej bezmyślne spojrzenie: „co dziś szefowa poleca?” Korpulentna kucharka równie bezmyślnie wycedziła poirytowana: „jak dają to bierz i się nie interesuj. I już wiedziałeś, że nie zagaisz gadki z tym wrednym, grubym i spoconym babskiem…

Na blaszanej misce wylądowała z głośnym pacnięciem nieokreślona szara masa, której przyglądałeś się chwilę z zaciekawieniem…. „Obstawiam łazanki… albo kapustę z grochem” bezpłodna myśl przecięła Twoją czaszkę.

Zdecydowanie zaczynasz sobie torować drogę do wolnego kąta Sali…. Między długimi, drewnianymi stołami było niewiele miejsca by przejść… chodziło o jak najbardziej efektywne wykorzystanie wolnej przestrzeni by zwiększyć liczbę jednocześnie karmionych biedaków, ale ta myśl pozostawała poza zasięgiem Twojej głowy… bo i po co miałeś się idiotyzmami jakimiś zajmować? Wreszcie dotarłeś do tej prominenckiej rezerwacji i znów zarechotałeś sam do siebie: „Będę jadł jak Pan a nie ta tłuszcza!”

Zadziwiające jak bardzo własne poczucie humoru odpowiadało Twoim gustom…. Nawet niezliczone kawały Grubego Tadka nie śmieszyły aż tak….

W swoim wolnym od żebraków i hołoty kącie skoncentrowałeś się na konsumpcji szarej masy. Smakowała równie nieokreślenie jak wyglądała. Ale to jedzenie i to ciepłe… nie często zdarzają Ci się ciepłe posiłki w końcu. A poza tym jedzenie trzeba szanować, bo kaprysy to grzech!

I znów znudzona żuchwa mieliła kawałki pożywienia, monotonnym, jednostajnym lewoskrętnym ruchem. Ciepło jedzenia zatarło nieprzyjemny chłód od dziurawej wiatrówki… ciepło rozlewało się przyjemnie w całym brzuchu i reszcie ciała później…

Nagle obdarty i nieco przybrudzony kuternoga plasnął energicznie wychudzonymi pośladkami o miejsce tuż koło Ciebie… na chwile wszystko zamarło w tej porannej, zawiesistej ciszy…. I nagle pęka jej mdła błona… „Spieprzaj dziadu!” – wysyczałeś agresywnie do obdartusa… a w tym syku było tyle jadu, że kuternoga pokuśtykał natychmiast i to pospiesznie w inną część Sali.  Ten jad rozlał się gromkim echem wśród morza falujących głów…

I już koniec posiłku. Pustą, obitą blaszaną miskę odstawiłeś na inny, ale równie obskurny kontuar, z którego pomywacze zbierali brudne naczynia do mycia.

Z ulgą opuściłeś duszną i wypełnioną smrodem salę konsumencką, wyrywając się z jej duchoty wprost w objęcia rześkiego, jesiennego dnia.

Pora odwiedzić starą fabrykę… myśl o cerberach sprawiała ci lekki dyskomfort, bo twoje żebro ciągle pamiętało twardość ich gumowych pałek…

Ale bez ryzyka nie ma nic… wolno poczłapałeś w kierunku sterczących między blokami kikutów fabrycznych kominów.

By Anna Lilith Gajda © All Rights Reserved

„Antyseptyczna” 23:06, dnia 30 marzec 2019r.
„Improwizacja dusz” 21:45, dnia 14 kwiecień 2019r.

Komentarze

Nikt jeszcze nie skomentował. Bądź pierwszy!

Napisz komentarz

Imię:*
Email:*
Komentarz:*